Students in Free Enterprise. Tak jak i Wam, mnie też owa nazwa nic nie mówi. Nie to jest jednak istotne. Pod skrzydłami tej organizacji zaczynamy bowiem projekt, który ma na celu nauczanie młodzieży o zaletach oszczędzania i inwestowania, głównie poprzez giełdę. Mamy im przybliżyć podstawy giełdy i funduszy oraz zachęcić do tego, żeby dalej sami rozwijali tę wiedzę. Ponadto będą mogli się sprawdzać, grając na wirtualnym koncie giełdowym. Jedna szkoła będzie mogła też konkurować z drugą w oparciu o wyniki giełdowe.
Pomysł fajny, ale z wykonaniem trudniej. Jest nas szóstka, ale tylko ja i Sheldon studiujemy ekonomię. Dwie dziewczyny zaczynają zarządzanie, a Francesco i Paul to odpowiednio historia i anglistyka. Ktoś zapyta: co oni tam robią? Jak sami twierdzą, szybko się nauczą, żeby potem móc przekazywać tę wiedzę dalej. Moje ekonomiczne szkiełko mówi mi, że nie bardzo to widzi. Ostatnie spotkanie, na którym pojawiły się tylko 3 osoby oraz fakt, że zaczynam dostawać obowiązki, które ktoś inny miał wykonać przed świętami zdają się to potwierdzać. Ale przecież w pracy grupowej było tak od zawsze...
wtorek, 4 grudnia 2007
poniedziałek, 3 grudnia 2007
Christmas dinner
Menu:
Przystawka:
- krewetki na zimno w śmietanie
Danie główne:
- pieczeń z kurczaka w sosie żurawinowym
- zapiekanka z brokułów
- 'pigs in blankets'
Deser:
- kruszon śliwkowy z lodami waniliowymi
- świąteczne mince pies ze śmietaną brandy
Wdzięczność dla koleżanki-gospodyni za zaproszenie nas na angielską wigilię przy pięknie przystrojonej choince i świątecznie udekorowanym stole - bezcenna.
Przystawka:
- krewetki na zimno w śmietanie
Danie główne:
- pieczeń z kurczaka w sosie żurawinowym
- zapiekanka z brokułów
- 'pigs in blankets'
Deser:
- kruszon śliwkowy z lodami waniliowymi
- świąteczne mince pies ze śmietaną brandy
Wdzięczność dla koleżanki-gospodyni za zaproszenie nas na angielską wigilię przy pięknie przystrojonej choince i świątecznie udekorowanym stole - bezcenna.
Andrzejki
Staropolską tradycją 31 listopada odbyły się Andrzejki. Zaproszony byłem do Kaji, gdzie wraz z Martą i kilkoma innymi osobami bawić się w ów wieczór mieliśmy. Żeby nie przybywać z pustymi rękami, zużyłem resztki polskiej paczki i upiekłem bułeczki z żurawiną.
Owego pamiętnego wieczoru wszystko jakby wskazywało na nadchodzące wydarzenia. Niespokojne niebo zasnuło się chmurami, wściekły deszcz uderzał w szyby, a wiatr szumiał złowieszczo między dachami. W złotawej ciszy świec i świątecznym blasku muzyki siedzieliśmy i dumaliśmy nad tajemniczymi figurami z wosku. Po ścianie przemykały się najróżniejsze stwory, zmieniając swe oblicza w raz to anielskie, raz znów diabelskie wizje. Czaszki, słonie, morskie potwory - wszystko to w czarno-białej sztuce wosku i naszej wyobraźni się tworzyło - rodziło i umierało.
Świeczki zaś dalej paliły się równo. Kilkanaście płomyków stłoczonych na środku stołu dawało jasną poświatę ognia, malując twarze tajemniczym blaskiem i cieniem.
Wtem spośród innych w górę jeden ognik się był wybił, z połączenia kilku powstawszy. Oto płonie coraz wyżej, nad swych towarzyszy się wznosząc.
Ktoś rzucił, żeby świeczki rozłączyć, a płomyk rosnący zlikwidować. Tak się jednak nie stało. Czy to wewnętrzna ognia siła, czy też magia tej prastarej nocy - dość, że płomień, miast zmaleć, przemienił się w płonące wysoko koło.
Krzyk, pisk, tumult! Oto spokój wieczoru przerodził się w zamęt. Zabrzmiało rozpaczliwe "Zgaście!" , a jedna z dziewczyn chwyciła garnek z wodą i wylała na ogień.
Stoję i patrzę jak urzeczony. Człowiek w swoich dziejach zawsze fascynował się ogniem, a w fascynacji tej zawsze ciekawość zmieszana była z czcią i lękiem. Odkąd pierwszy raz nauczył sie przyzywać płomień poprzez garść suchej trawy, suche drewno czy wykrzesaną iskrę, odmieniło się całe jego życie. Dziś żyjemy w przytulnym cieple miast, gdzie zimno zwalczane jest przez ogrzewanie, prąd zaś jest dla nas niczym powietrze. Każdy jednak, kto choć raz usiadł przy ognisku z dala od cywilizacji, wie jak bezcenne jest ciepło ognia, jaką nadzieję jego światło przynosi.
Stoję więc i podziwiam pierwotne piękno tego żywiołu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to demon przybył z piekielnych otchłani, rozbłyskując w owym płomieniu. Inny zaś, bardziej ku niebu myśli swoje wznosząc, upatrywałby w tym łaski Boga Jahwe, gdyż tak jak i tam rozbłysła tu jego moc. Mi jednak wystarczył czysty zachwyt - nie co dzień przecież ogląda się wysoki do samej powały słup ognia.
Sekundy trwały niczym dni - przez te kilka bezcennych sekund staliśmy nieruchomo, urzeczeni i bezradni zarazem. Ogień zaś płonął, syczał i skwierczał, okazując swą groźną potęgę.
Stół był drewniany. Zaczernił się, jak każde palenisko. Ogień zaś zgasł, zduszony bezlitośnie rozumem i mądrością człowieka.
Owego pamiętnego wieczoru wszystko jakby wskazywało na nadchodzące wydarzenia. Niespokojne niebo zasnuło się chmurami, wściekły deszcz uderzał w szyby, a wiatr szumiał złowieszczo między dachami. W złotawej ciszy świec i świątecznym blasku muzyki siedzieliśmy i dumaliśmy nad tajemniczymi figurami z wosku. Po ścianie przemykały się najróżniejsze stwory, zmieniając swe oblicza w raz to anielskie, raz znów diabelskie wizje. Czaszki, słonie, morskie potwory - wszystko to w czarno-białej sztuce wosku i naszej wyobraźni się tworzyło - rodziło i umierało.
Świeczki zaś dalej paliły się równo. Kilkanaście płomyków stłoczonych na środku stołu dawało jasną poświatę ognia, malując twarze tajemniczym blaskiem i cieniem.
Wtem spośród innych w górę jeden ognik się był wybił, z połączenia kilku powstawszy. Oto płonie coraz wyżej, nad swych towarzyszy się wznosząc.
Ktoś rzucił, żeby świeczki rozłączyć, a płomyk rosnący zlikwidować. Tak się jednak nie stało. Czy to wewnętrzna ognia siła, czy też magia tej prastarej nocy - dość, że płomień, miast zmaleć, przemienił się w płonące wysoko koło.
Krzyk, pisk, tumult! Oto spokój wieczoru przerodził się w zamęt. Zabrzmiało rozpaczliwe "Zgaście!" , a jedna z dziewczyn chwyciła garnek z wodą i wylała na ogień.
Stoję i patrzę jak urzeczony. Człowiek w swoich dziejach zawsze fascynował się ogniem, a w fascynacji tej zawsze ciekawość zmieszana była z czcią i lękiem. Odkąd pierwszy raz nauczył sie przyzywać płomień poprzez garść suchej trawy, suche drewno czy wykrzesaną iskrę, odmieniło się całe jego życie. Dziś żyjemy w przytulnym cieple miast, gdzie zimno zwalczane jest przez ogrzewanie, prąd zaś jest dla nas niczym powietrze. Każdy jednak, kto choć raz usiadł przy ognisku z dala od cywilizacji, wie jak bezcenne jest ciepło ognia, jaką nadzieję jego światło przynosi.
Stoję więc i podziwiam pierwotne piękno tego żywiołu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to demon przybył z piekielnych otchłani, rozbłyskując w owym płomieniu. Inny zaś, bardziej ku niebu myśli swoje wznosząc, upatrywałby w tym łaski Boga Jahwe, gdyż tak jak i tam rozbłysła tu jego moc. Mi jednak wystarczył czysty zachwyt - nie co dzień przecież ogląda się wysoki do samej powały słup ognia.
Sekundy trwały niczym dni - przez te kilka bezcennych sekund staliśmy nieruchomo, urzeczeni i bezradni zarazem. Ogień zaś płonął, syczał i skwierczał, okazując swą groźną potęgę.
Stół był drewniany. Zaczernił się, jak każde palenisko. Ogień zaś zgasł, zduszony bezlitośnie rozumem i mądrością człowieka.
wtorek, 27 listopada 2007
Christmas shopping on Oxford Street
To był grudzień, pachniało już świętami. A mi coraz bardziej chodziła po głowie kwestia prezentów. Mimo, że główne zapasy poczyniłem już w listopadzie w Szkocji, wciąż pozostawało kilka drobiazgów do kupienia - takich, o których jeszcze nie wiemy, że chcemy je kupić...
Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.
Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.
We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.
Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!
Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.
Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).
Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...
Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...
*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...
Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.
Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.
We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.
Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!
Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.
Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).
Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...
Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...
*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...
niedziela, 25 listopada 2007
Brecon Beacons
- Wyjeżdżamy o 7 rano, nie później.
- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.

Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.


Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.



Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.

Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.

Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.

- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.
Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.
Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.
Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.
Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.
Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.
Saszo parkuje
- Saszo! Wjedź na krawężnik! Bardziej! Nie zjeżdżaj jeszcze, bo znowu będziesz krzywo!
A Sasza co? Kiwa głową i robi swoje.

Dokładnie przed naszym domem zaczyna się zatoczka parkingowa. Najprościej byłoby najechać na krawężnik i po chwili zjechać z niego, ustawiając się idealnie równolegle i bez wystawania poza linię. Ale z jakiegoś powodu Sasza woli wjeżdżać z drogi. Nie żeby mi to przeszkadzało, tyle że potem tak pieści sprzęgło, że czasem aż pachnie. Co więcej, powtarza cofanie ze 3 razy, bo jak wszyscy kierowcy wiedzą, prawie niemożliwe jest w wąskim miejscu (kiedy stoi auto sąsiadów) zaparkować równolegle gdy wjeżdżamy przodem - tył będzie wystawał. I tak też się dzieje.
Teraz już tak nie jest. Być może posłuchał mojej rady, być może sam do tego doszedł. Dość, że auto stoi równo. I sprzęgło też ma się lepiej...
A Sasza co? Kiwa głową i robi swoje.
Dokładnie przed naszym domem zaczyna się zatoczka parkingowa. Najprościej byłoby najechać na krawężnik i po chwili zjechać z niego, ustawiając się idealnie równolegle i bez wystawania poza linię. Ale z jakiegoś powodu Sasza woli wjeżdżać z drogi. Nie żeby mi to przeszkadzało, tyle że potem tak pieści sprzęgło, że czasem aż pachnie. Co więcej, powtarza cofanie ze 3 razy, bo jak wszyscy kierowcy wiedzą, prawie niemożliwe jest w wąskim miejscu (kiedy stoi auto sąsiadów) zaparkować równolegle gdy wjeżdżamy przodem - tył będzie wystawał. I tak też się dzieje.
Teraz już tak nie jest. Być może posłuchał mojej rady, być może sam do tego doszedł. Dość, że auto stoi równo. I sprzęgło też ma się lepiej...
wtorek, 20 listopada 2007
Baśniowa kraina
Pamiętam, że miałem 7 lat kiedy po raz pierwszy przeczytałem o Narni. Świat, który skrywała stara szafa był tak niezwykły i baśniowy, że jego wspomnienie do teraz pozostaje w mojej wyobraźni. A wystarczyło tylko wejść do szafy...
Teraz ściskam w ręce bilet, na którym jest napisane "Manchester Stations-Glasgow Central". I drugi, "Glasgow Central-Manchester Stations". To była moja szafa, moje gwiezdne wrota, mój portal do baśniowej krainy, która została daleko na północy. Chociaż jechałem już na południe, moje wspomnienia zostały tam - w krainie nieobliczalnej pogody i widoków, które chwytają za serce.
Szkocja.
Ukryty klejnot północy, kraina pięknych wzgórz i jeszcze piękniejszych gór.
Baśń skrywająca się za murem Hadriana, gdzie wiatry, deszcze i chmury tworzą niepowtarzalne i niezapomniane spektakle.
Akradia wędrowców, gdzie każdy krok wart jest tysiąca zwykłych kroków, a każdy widok - niewypowiedziany.
Dane mi było na cztery dni uciec światu i żyć tą baśnią - przeżywać ją całym sobą i w pełni: uśmiechać do słońca, zżymać się podczas deszczu, stawiać czoła wichrom i drżeć w zimną noc. I wbrew wszystkim przeciwnościom, jakie nadarzyły się po drodze, wiedziałem że miałem się tu znaleźć. Wystarczyło spojrzeć w górę, żeby przekonać się, że niebo i słońce się ze mną zgadzały.
Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, chwilami czułem się jak intruz - śmiertelnik, który wkradł się do Olimpu i dyskretnie kosztuje ambrozji. Każda dolina, rzeka i wzgórze były jak zakazany owoc, jak iluzja - zbyt piękne, by były prawdziwe.
A jednak - byłem. Być może kiedyś wyda mi się, że te wspomnienia, przygody i ludzie, których tam spotkałem to tylko piękny sen, który wyśniłem sobie, zbyt będąc spragniony prawdziwej podróży. Być może - ale wtedy pozostanie jeszcze ślad w albumie: http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/WestHighlandWayWitajWWiecieBaNi
Teraz ściskam w ręce bilet, na którym jest napisane "Manchester Stations-Glasgow Central". I drugi, "Glasgow Central-Manchester Stations". To była moja szafa, moje gwiezdne wrota, mój portal do baśniowej krainy, która została daleko na północy. Chociaż jechałem już na południe, moje wspomnienia zostały tam - w krainie nieobliczalnej pogody i widoków, które chwytają za serce.
Szkocja.
Ukryty klejnot północy, kraina pięknych wzgórz i jeszcze piękniejszych gór.
Baśń skrywająca się za murem Hadriana, gdzie wiatry, deszcze i chmury tworzą niepowtarzalne i niezapomniane spektakle.
Akradia wędrowców, gdzie każdy krok wart jest tysiąca zwykłych kroków, a każdy widok - niewypowiedziany.
Dane mi było na cztery dni uciec światu i żyć tą baśnią - przeżywać ją całym sobą i w pełni: uśmiechać do słońca, zżymać się podczas deszczu, stawiać czoła wichrom i drżeć w zimną noc. I wbrew wszystkim przeciwnościom, jakie nadarzyły się po drodze, wiedziałem że miałem się tu znaleźć. Wystarczyło spojrzeć w górę, żeby przekonać się, że niebo i słońce się ze mną zgadzały.
Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, chwilami czułem się jak intruz - śmiertelnik, który wkradł się do Olimpu i dyskretnie kosztuje ambrozji. Każda dolina, rzeka i wzgórze były jak zakazany owoc, jak iluzja - zbyt piękne, by były prawdziwe.
A jednak - byłem. Być może kiedyś wyda mi się, że te wspomnienia, przygody i ludzie, których tam spotkałem to tylko piękny sen, który wyśniłem sobie, zbyt będąc spragniony prawdziwej podróży. Być może - ale wtedy pozostanie jeszcze ślad w albumie: http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/WestHighlandWayWitajWWiecieBaNi
Subskrybuj:
Posty (Atom)