środa, 16 stycznia 2008

Eastern European Lunch

W poprzednim semestrze Jooyoung z Korei zaprosiła kilka osób z Bootsów na koreański obiad. Był kurczak w Coca-Coli (substytut karmelu, bardzo skuteczny zresztą), sushi, kimchi [czyli kiszona kapusta z dodatkami] i inne pyszności. Obiecaliśmy z Saszą, że w przyszłym roku (czyli w obecnym) się zrewanżujemy. A że nie lubię rzucać słów na wiatr, to trza się było zabrać do roboty.

Dziewczyny zostały zaproszone na piątek: Anglia, Korea, Brazylia. Poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko, bo Christmas Dinner u Patrycji i Kate był bajeczny. "Więc co robimy?" - pytam Saszę. "Ja mogę zrobić Banicę" - mówi mój Bułgar. "I jeszcze sałatkę. Szopską". Ja, rzecz jasna, zamierzałem przygotować Hunter's Stew, czyli bigos. Cóż jeszcze? Barszcz! Barszcz czerwony! Z uszkami!

Problem bowiem polegał na tym, że spośród 5 gości jedna była weganką (ekstremalna forma wegetarianizmu), dwie inne zaś były na ścisłej diecie detoks, więc nie mogły jeść nic oprócz warzyw i owoców.

Zatem: banica i sałatka szopska, bigos i barszcz. Saszo wymyślił jeszcze, że zrobi jakiś zapiekany ryż z cukinią, ale - jak miało się później okazać - na niewiele się to zdało.

Jest czwartek wieczorem. Ja lecę na spotkanie SIFE, Sasza podejmuje się pojechać do ASDA w Slough. Ma wszystko spisane na kartce, więc nie powinno być problemu. Okazuje się, że jednak był, gdy Saszo wraca ze sklepu z solą selerową zamiast selera. Buraków też rzekomo nie ma.

W piątek rano jedziemy na zakupy razem - nie chce mi się wierzyć, kiedy w Tesco na półce leżą tylko buraczki ugotowane i obrane. Cóż, co kraj to obyczaj - będziemy kombinować. Uratował mnie osiedlowy SPAR. Nasza Polska załoga doradziła co i jak wymieszać, żeby barszczyk wyszedł prawie jak nasz, prawdziwy.

O 10:30 rozpoczęła się operacja "Syty Słowianin". Sasza zaciekle obiera ogórki i pomidory, ja ucieram buraczki. Potem, każdy na dwa gary, zaczynamy mieszać - ja czerwony wywar, on szopską sałatkę.

Minęła 12:30. Po kilku desperackich telefonach do Polski decyduję się na drastyczny krok - wsypuję do barszczu proszek Knorra. W mgnieniu oka zupa nabiera rumieńców i świątecznego aromatu. Wiem, że to trochę oszukańczo, ale przecież chciałem dobrze...

Za godzinę przychodzą goście. Pokrojoną wieprzowinę, bekon i parówki wrzucam na patelnię razem z ugotowanymi już grzybami. Smaży się tam już cebulka. Saszo wyjmuje w tym czasie danie "zapiekany-ryż-z-cukinią" i okazuje się, że istotnie się zapiekł. Tak bardzo, że niestety ląduje w koszu, a Saszo zdesperowany rzuca się do klejenia banicy.

Za dziesięć druga. Bigos przygotowany, banica się piecze. Nakrywam (jakże szumne słowo jak na nasze warunki) do stołu i okazuje się, po co tak naprawdę są serwetki. Na szczęście mam papierowe ręczniki i trochę fantazji (wyniesionej rzecz jasna z domu) . Okazuje się też, że można było pomyśleć o talerzach. Ale z Boskiej łaski w szafie znalazł się nieotwarty jeszcze komplet ładnych talerzy. Pomyśleć, że ktoś kupił je kiedyś, pewnie nawet niechcący, po to tylko, żebyśmy mogli je teraz znaleźć. Fakt, trochę naiwnie tak myśleć, ale przyjemnie.

Dzwonek! Oto trzech pierwszych gości u drzwi! Patrycja, Kate i Victoria siadają przy stole, my zaś dopinamy w kuchni ostatni guzik. Chwilę potem zjawiają się Koreanki. Szkoda że Saszo nie włączył żadnej muzyki, ale już trudno - jemy zatem sałatkę w nabożnej ciszy. Sałatki są 2 wersje - dietetyczna i normalna. Dietetyczna, bo Victoria jest weganką, a Patrycja i Kate właśnie przechodzą dietę bardziej rygorystyczną niż prawosławni mnisi z Góry Atos.

Sasza proponuje wino i może w duchu cieszy się trochę, kiedy wszyscy proszą jednak o wodę - zostanie mu więcej na najbliższe wieczory. W międzyczasie z Bułgarii przenosimy się do Polski i na stole pojawia się barszcz. Niestety, ledwo wystarczyło na 7 miseczek. Wystarczyło jednak również, żeby każdemu zasmakował charakterystyczny, lekko piekący smak naszej zupy.

Wśród pochwał na stół wjechał bigos i banica. Niestety raczyły się nim tylko Koreanki i my 0 wystarczyło jednak, by zachwyciły się nim na dobre. Ku mojemu zaskoczeniu zapytały potem, czy mogą wziąć resztki do domu. Brzmiało to jak najlepsze słowo uznania.

Deseru nie było, bo Saszo nie wyrobił się z sałatką owocową, która też, jak twierdzi, jest charakterystyczna dla Bułgarii.

Zagraliśmy sobie natomiast w "charades", czyli kalambury lub, jak wolą MISH-owcy, "Krzykacza". Chociaż pomysł wydawał mi się banalny, to każdy dobrze się bawił. Saszo dostał jeszcze zaproszenie do kina na następny dzień - tym lepiej, że od dziewczyny, która mu się podoba.

Później zaczęliśmy rozmowę o Anglii i zwyczajach tego kraju. Kate, jako (jak sama się określiła) 'upper middle class', pouczyła nas nieco o tym, co uważa się za grzeczne. I tak:
- Anglicy uwielbiają karteczki, więc jest bardzo mile widziane, jeśli po przyjęciu bądź otrzymaniu prezentu wyślemy karteczkę z podziękowaniem,
- Anglicy uwielbiają też formalizm: nie można np. potwierdzić otrzymania zaproszenia byle jak, ale należy wesprzeć się formułką podobną do tej: "Miss Brown confirms receiving invitation to the event held by Mr Smith on Sunday, 23rd February."
- ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że nieeleganckie jest mówić: "I'm going to the toilet" bądź pytać "Excuse me, where is the toilet?". Toilet jest rozumiane przez Anglików zarówno jako toaleta-pomieszczenie jak i toaleta-urządzenie (konkretnie tak samo jak toilet bowl, czyli miska klozetowa). Więc "I am going to the toilet" jeszcze przejdzie, ale "I am going to the toilet to wash my hands" może przez niektórych zostać przyjęte z eleganckim, arystokratycznym i wyćwiczonym uśmiechem oraz doprawione ironią "Oh really?"...; jeśli ktoś byłby tak nieuprzejmie bezpośredni, by chcieć użyć urokliwego słówka "sracz", to po angielsku jest to "crapper".
- aby być poprawnym i grzecznym, należy mówić "where is the loo" oraz "I am going to the loo"
- podobnie rzecz ma się z salonem: Kate zżymała się na fakt, że jej rodzice - 'upper middle class' - mówią na salon "lounge" zamiast "sitting room"...
- miło było usłyszeć, że ktoś jeszcze docenia takie drobnostki jak przepuszczanie kobiety w drzwiach.

Na tym też nasze spotkanie się skończyło.

sobota, 12 stycznia 2008

Ze słońcem w nowy rok na wyspach

Tak się złożyło,, że tym razem leciałem do Londynu z przesiadką we Frankfurcie. Już na Ławicy spotkałem Krzysia Chałupkę z mat-fizu. On przez Niemcy leciał do Edynburga. Miło było porozmawiać i porównać koleje losów na obczyźnie.

We Frankfurcie czekałem już w poczekalni przed odlotem, gdy zachodzące słońce zniżyło się do okien przestronnej poczekalni. Niedługo później samolot odrywał się już od ziemi i mknął na północny zachód. Miałem szczęście siedzieć przy oknie i podziwiać nietypowy widok. Ponad morzem śnieżnobiałych chmur powoli malała złota kula. Spojrzałem w górę - chłodny błękit nieba ponad nami stopniowo zmieniał się w złoty poblask, by wreszcie przybrać postać czerwonej łuny tuż ponad chmurami. Zachody słońca trwają zwykle szybko - wszak wszystko co piękne jest, przemija. Tym razem jednak zdało się być inaczej. Niczym Słońce wstrzymane modlitwą króla frankońskiego Karola, gdy ten wyruszał z armią w pościg za Maurami, którzy podstępnie zaatakowali i pokonali jego tylną straż i umiłowanego wasala - rycerza Rolanda, tak i nasza łuna zdawała się jaśnieć blaskiem niesłabnącym, podtrzymywanym jak gdyby Boską mocą.

Było już ciemno, kiedy dolecieliśmy do Heathrow z kwadransem opóźnienia. Wyjątkowo nie musiałem martwić się o długą podróż - z przystanku nieopodal odjeżdżał autobus, który zatrzymuje się niemal na progu mojego domu.

Nikt nie przewidział, że w niedzielę angielskie autobusy kończą kursować o 18.10. O 10 minut za wcześnie.

Ale nie byłem jedynym zdradzonym przez angielską komunikację. Jakaś studentka z Japonii też nie zdążyła, więc podróż powrotna upłynęła szybko i przyjemnie.

piątek, 11 stycznia 2008

Snowdonia

O Snowdonio,

klejnocie Korony, która nad ubogą górujesz Walią! Twe piękno nad inne góry Anglii, gdy oczom naszym objawiasz się w groźnym majestacie, w płaszcz śniegu i skał ubrana. Daj, byśmy, którzy się tu zapuścili, wrócili bezpiecznie do domów, by chwalić twe piękno i wyśpiewać dzięki. Przebacz, żeśmy w śmiałości swej zdobyć chcieli szczyty i groźną twą naturę poskromić. Urok twój zaś niechaj trwa po wsze czasy w każdym, który cię odwiedził.















wtorek, 4 grudnia 2007

SIFE

Students in Free Enterprise. Tak jak i Wam, mnie też owa nazwa nic nie mówi. Nie to jest jednak istotne. Pod skrzydłami tej organizacji zaczynamy bowiem projekt, który ma na celu nauczanie młodzieży o zaletach oszczędzania i inwestowania, głównie poprzez giełdę. Mamy im przybliżyć podstawy giełdy i funduszy oraz zachęcić do tego, żeby dalej sami rozwijali tę wiedzę. Ponadto będą mogli się sprawdzać, grając na wirtualnym koncie giełdowym. Jedna szkoła będzie mogła też konkurować z drugą w oparciu o wyniki giełdowe.

Pomysł fajny, ale z wykonaniem trudniej. Jest nas szóstka, ale tylko ja i Sheldon studiujemy ekonomię. Dwie dziewczyny zaczynają zarządzanie, a Francesco i Paul to odpowiednio historia i anglistyka. Ktoś zapyta: co oni tam robią? Jak sami twierdzą, szybko się nauczą, żeby potem móc przekazywać tę wiedzę dalej. Moje ekonomiczne szkiełko mówi mi, że nie bardzo to widzi. Ostatnie spotkanie, na którym pojawiły się tylko 3 osoby oraz fakt, że zaczynam dostawać obowiązki, które ktoś inny miał wykonać przed świętami zdają się to potwierdzać. Ale przecież w pracy grupowej było tak od zawsze...

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Christmas dinner

Menu:

Przystawka:
- krewetki na zimno w śmietanie

Danie główne:
- pieczeń z kurczaka w sosie żurawinowym
- zapiekanka z brokułów
- 'pigs in blankets'

Deser:
- kruszon śliwkowy z lodami waniliowymi
- świąteczne mince pies ze śmietaną brandy

Wdzięczność dla koleżanki-gospodyni za zaproszenie nas na angielską wigilię przy pięknie przystrojonej choince i świątecznie udekorowanym stole - bezcenna.

Andrzejki

Staropolską tradycją 31 listopada odbyły się Andrzejki. Zaproszony byłem do Kaji, gdzie wraz z Martą i kilkoma innymi osobami bawić się w ów wieczór mieliśmy. Żeby nie przybywać z pustymi rękami, zużyłem resztki polskiej paczki i upiekłem bułeczki z żurawiną.

Owego pamiętnego wieczoru wszystko jakby wskazywało na nadchodzące wydarzenia. Niespokojne niebo zasnuło się chmurami, wściekły deszcz uderzał w szyby, a wiatr szumiał złowieszczo między dachami. W złotawej ciszy świec i świątecznym blasku muzyki siedzieliśmy i dumaliśmy nad tajemniczymi figurami z wosku. Po ścianie przemykały się najróżniejsze stwory, zmieniając swe oblicza w raz to anielskie, raz znów diabelskie wizje. Czaszki, słonie, morskie potwory - wszystko to w czarno-białej sztuce wosku i naszej wyobraźni się tworzyło - rodziło i umierało.

Świeczki zaś dalej paliły się równo. Kilkanaście płomyków stłoczonych na środku stołu dawało jasną poświatę ognia, malując twarze tajemniczym blaskiem i cieniem.

Wtem spośród innych w górę jeden ognik się był wybił, z połączenia kilku powstawszy. Oto płonie coraz wyżej, nad swych towarzyszy się wznosząc.

Ktoś rzucił, żeby świeczki rozłączyć, a płomyk rosnący zlikwidować. Tak się jednak nie stało. Czy to wewnętrzna ognia siła, czy też magia tej prastarej nocy - dość, że płomień, miast zmaleć, przemienił się w płonące wysoko koło.

Krzyk, pisk, tumult! Oto spokój wieczoru przerodził się w zamęt. Zabrzmiało rozpaczliwe "Zgaście!" , a jedna z dziewczyn chwyciła garnek z wodą i wylała na ogień.

Stoję i patrzę jak urzeczony. Człowiek w swoich dziejach zawsze fascynował się ogniem, a w fascynacji tej zawsze ciekawość zmieszana była z czcią i lękiem. Odkąd pierwszy raz nauczył sie przyzywać płomień poprzez garść suchej trawy, suche drewno czy wykrzesaną iskrę, odmieniło się całe jego życie. Dziś żyjemy w przytulnym cieple miast, gdzie zimno zwalczane jest przez ogrzewanie, prąd zaś jest dla nas niczym powietrze. Każdy jednak, kto choć raz usiadł przy ognisku z dala od cywilizacji, wie jak bezcenne jest ciepło ognia, jaką nadzieję jego światło przynosi.

Stoję więc i podziwiam pierwotne piękno tego żywiołu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to demon przybył z piekielnych otchłani, rozbłyskując w owym płomieniu. Inny zaś, bardziej ku niebu myśli swoje wznosząc, upatrywałby w tym łaski Boga Jahwe, gdyż tak jak i tam rozbłysła tu jego moc. Mi jednak wystarczył czysty zachwyt - nie co dzień przecież ogląda się wysoki do samej powały słup ognia.

Sekundy trwały niczym dni - przez te kilka bezcennych sekund staliśmy nieruchomo, urzeczeni i bezradni zarazem. Ogień zaś płonął, syczał i skwierczał, okazując swą groźną potęgę.

Stół był drewniany. Zaczernił się, jak każde palenisko. Ogień zaś zgasł, zduszony bezlitośnie rozumem i mądrością człowieka.

wtorek, 27 listopada 2007

Christmas shopping on Oxford Street

To był grudzień, pachniało już świętami. A mi coraz bardziej chodziła po głowie kwestia prezentów. Mimo, że główne zapasy poczyniłem już w listopadzie w Szkocji, wciąż pozostawało kilka drobiazgów do kupienia - takich, o których jeszcze nie wiemy, że chcemy je kupić...

Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.

Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.

We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.

Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!

Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.

Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).

Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...

Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...

*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...