piątek, 22 lutego 2008

21 urodziny

Kto spodziewa się w tym poście opisu niezapomnianej imprezy, dzikich przygód czy niestworzonych historii, ten gorzko się zawiedzie. Zawiedzie się także ten, kto sądzi że urodziny minęły jak każdy inny dzień. Po prawdzie bowiem było to jeszcze coś innego.

Nie spodziewałem się niczego szczególnego po poniedziałku 4 lutego. Po pierwsze dlatego, że od 9 do 16 miałem zajęcia oraz zupełnie nudne spotkanie Samorządu Klubów Sportowych o 18. Nie planowałem też nic na wieczór, nie zapraszałem nikogo do domu, nie pożyczyłem nawet, jak w zeszłym roku, żadnego filmu. Postanowiłem dać szansę niespodziance, za stan wyjściowy przyjmując 0, czyli nic.

Dzień zaczął się jednak niezwykle miło, bo wstałem wcześniej, żeby otworzyć list od Staszka. Oprócz podsumowania ostatniego roku był tam też wiersz-rewanż (-->> "Wiersz-rewanż"), który mnie bardzo ujął. Otworzyłem też przedwczesny prezent od Pardis i Benedine - był to film - Labirynt Fauna - i książka o górach. Dobrzeście dziewczyny trafiły.

Kiedy wróciłem do domu o 19, zaskoczyło mnie ciasto jabłkowe z karteczką:


Zagadki! - pomyślałem i poczułem, że cyfry wieku mogły się pomylić i tak naprawdę kończę 12 lat...

Następna karteczka była pod tablicą korkową:


Biegiem do pokoju Wan Yung i jej "to do list"...

Siberia? Aha, bo Wan Yung ciągle narzeka, że jej zimno, mimo że ma kołdrę grubą jak na Syberii...a pod kołdrą:


To ci dopiero! Po kwadransie głowienia się dostałem podpowiedź i okazało się, że nie dość się przykładałem na angielskim - blinds ma drugie znaczenie jako roleta na oknie...

Ach...ten niesławny epizod, kiedy pojechałem na święta do domu, a w szafie został banan i WanYung znalazła go, gdy już pociemniał. Ale cóż w szafie?


Aha, to moja kołdra, bo kiedyś mówiłem, że ponoć niby jest z wielbłądziej sierści. Ile jeszcze tych wskazówek?

To była ostatnia, bo pod kołdrą czekał już właściwy prezent - książeczka z kuponami, a w niej talon na każdą okazję:


Myślę, że to jeden z najbardziej pomysłowych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałem!

Śladami własnych wspomnień

Nigdy nie przypuszczałem, że studiując w Anglii spędzę wolny tydzień na prowadzeniu grupy zagranicznych turystek po pięknych zakątkach naszego kraju. A jednak.

Zaczęło się od tego, że Wan Yung chciała zobaczyć śnieg. Bo w Malezji mają tylko monsuny i klimat równikowy. A potem, na tydzień przed wyjazdem, Victoria i Jooyoung powiedziały, że też chcą zobaczyć Polskę. Pewnie, że mogą. Więc ruszyliśmy w czwórkę do Polski.

Martwiłem się trochę, że braknie nam pomysłów na spędzanie czasu, ale anioł podróży nad nami czuwał i wszystko układało się świetnie. Wszystkie miejsca, które zwiedzaliśmy, wiązały się mniej lub bardziej z moimi osobistymi wspomnieniami - wycieczka klasowa do Wieliczki, przygnębiająca wizyta w Auschwitz kilka lat temu, Tatry i dolina Chochołowska, gdzie odnalazłem nawet drzewo, pod którym schroniliśmy się przed deszczem ostatniego lata. Albo jeszcze Kraków i sławne popisy break-dancerów, 12-ka u dominikanów, czyli msza-legenda celebrowana przez Ojca Kłoczowkiego OP czy dobra gruzińska knajpa - Chaczpuri z Adżapsandałem - którą odkryliśmy niegdyś z Michałem. I jeszcze wizyta w Mysłowicach, u drogich Dziadków, którzy zgotowali nam iście staropolskie powitanie. A na koniec - Poznań, gdzie też została część mojej młodości - dom, w którym czuję się jak statek do bezpiecznym porcie, Marynkowa aula, której ściany widziały niejedno przedstawienie czy występ. I rozdział najświeższy - Republika Róż, gdzie przecież wciąż spotykam się z przyjaciółmi.

Wszystko to, jak ciąg obrazów w kalejdoskopie ukazało mi się kolejno w ciągu tych kilku dni. Czy potrafię to bardziej ogarnąć, spojrzeć na to z dystansu? Przyjechałem wszak jako tubylec, ale jednak - zza granicy. do swoich korzeni, ale z obcokrajowcami.

Kiedy zapytałem Victorię, co ja najbardziej zaskoczyło, powiedziała: wiara ludzi w Polsce. I muszę przyznać, że byłem z tej odpowiedzi dumny.

Więcej na:

http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/PolskaPodrWspomnie

Myra's concert

Wszedłem na salę, gdzie zwykle mamy wykłady w poniedziałki rano (to ta, gdzie multikinopodobne fotele są zbyt wygodne, by pozostać na jawie...). Niewiele się zmieniło - tyle tylko, że na środku sali stał fortepian, zaś wokół niego 3 krzesła i stojak na nuty. A w powietrzu wokół atmosfera lekkiego napięcia i oczekiwania.

To uczucie, nieobce mi przecież, a tak dziś odległe, wróciło na chwilę jak przyjaciel po długiej rozłące. Przed oczyma stanęły mi ten wszystkie chwile, kiedy byłem po drugiej stronie sceny, czekając na kulisami na właściwy moment. Żeby wyjść i przemówić, zagrać rolę, a nawet zaśpiewać czy zatańczyć. Wszystko to było jak pożółkła fotografia, tak samo pełna emocji, ale jakby zamglona. Poczułem, że bardzo brakuje mi tego uczucia i świadomości tworzenia - dla siebie i innych.

Ale dlaczego w ogóle tam się znalazłem? Otóż koleżanka z Bootsów, Myra, grała fragment Piano Trio Mendelsona (na skrzypcach). Zatem stawiliśmy się solidarnie, by ją wesprzeć i nagrodzić oklaskami. Sama Myra nie była zadowolona ze swojego występu, ale mi się podobało.

Korean New Year

Na Dalekim Wschodzie, tak w Korei, jak i w Chinach, czas mierzy się równocześnie kalendarzem juliańsko-gregoriańskim, jak i tradycyjnie - według faz księżyca. To właśnie ten księżycowy kalendarz wyznacza daty tradycyjnych świąt. Tak się złożyło, że na środę 6 lutego przypadał właśnie Seollal, koreański Nowy Rok.

Jooyoung z zaprosiła mnie i Saszę na tradycyjną kolację noworoczną. Mogliśmy skosztować kim-chi, tteok guk i ryżu z wodorostami. Wszystko tradycyjnie - pałeczkami.

Przepraszam Was, że nie opiszę tych potraw, ale nie znam nawet nazw składników. A nawet gdybym znał, to pewnie nie miałyby polskich odpowiedników. Ale możecie się przyjrzeć:

Kim-chi:

http://www.jenius.com.au/images/hanabiLidcombe_kimchi.jpg

Tteok guk:

(źródło: Wikimedia)

A na koniec Ethon, pomocnik kucharza, zabawił się literkami na lodówce:




czwartek, 21 lutego 2008

Jest taki półwysep na południu Walii...

...gdzie w styczniu świeci letnie słońce i wieje wiosenny wiatr. Morze cofa się pokornie przed stopą wędrowca, otwierając mu niedostępny zwykle przesmyk na Grzbiet Smoka. Śniadanie je się tu z widokiem na słońce wstające nad horyzontem fal, lunch na krawędzi pionowego klifu, zaś przy kolacji towarzyszy zaglądający nieśmiało przez okno srebrny łeb, poczciwy księżyc. I wszyscy są szczęśliwi.

To nie fikcja literacka, nasza styczniowa wycieczka do Walii dość była niezwykła, żeby opisać ją bez zbędnych ubarwień czy fantazji. I tak też zrobię.
-------------------------------------------------------------

Jak zwykle zaczęło się niecodziennie - cały piątek spędziłem w Oxfordzie, rozmawiając ze studentami, paniami z dziekanatu i wchłaniając naukową atmosferę, której nie było znów tak dużo, jak wielu mogłoby przypuszczać. Udało mi się nawet wślizgnąć na nabożeństwo do słynnego Christ Church - protestanckie, więc się trochę wynudziłem. Szkoda, że w tak pięknym, gotyckim wnętrzu nie ma równie pięknych treści.

O 20 przyjechał Saszo z Kają - miło z ich strony, że zechcieli nadrobić drogi, żeby mnie przechwycić. Na miejsce przyjechaliśmy o północy. Nawet pod osłoną nocy, rozjaśnionej srebrnym blaskiem gwiazd, schronisko prezentowało się doskonale - dawny magazyn łodzi ratunkowych, wzniesiony tuż ponad linią przypływu, z pochylnią łagodnie schodzącą w morskie fale.

Część grupy jeszcze nie spała, w napięciu śledząc szachowe batalie, jakie toczyli Matt i Russ. Ja i Kaja chcieliśmy skorzystać jeszcze z nocnego piękna, więc poszliśmy na krótki spacer. Miło było obserwować jasne niebo i ciemne, cicho szumiące morze. Wiatr jednak szybko przegnał nas z powrotem.

Następnego dnia obudziły nas złote promienie wschodzącego słońca. Ktoś jakby zatrzymał pogodę - niebo było tak samo bezchmurne, jak poprzedniej nocy. I takie też miało pozostać do końca naszej wycieczki.

Wędrówka wybrzeżem półwyspu Gower była zaskoczeniem nawet dla mnie, mimo, że widziałem wcześniej zdjęcia w internecie. Postrzępione klify i warstwowo ułożone skały to ślad dawnej historii tej krainy, kiedy mocarne siły z wnętrza Ziemi przesuwały lądy, zderzając je ze sobą. Złączony wcześniej z Kornwalią, klif półwyspu wyglądał jak wyszukana krawędź puzzli. Ta druga leży kilkadziesiąt kilometrów na półudnie.




Po drodze, jak zwykle, napotkaliśmy zwierzęta. Niektóre dziewczyny uznały koniki za tak słodkie, że zaczęły je głaskać. Niestety jeden zaprotestował i Elina została ugryziona w palec.


Ja natomiast pobawiłem się w pasterza i pogoniłem owce.


Czy to piękno tego miejsca, czy południowe zmęczenie grupy - nie wiem. Dość powiedzieć jednak, że zatrzymaliśmy się na lunch w małej dolince między dwoma skałami, które kilkanaście metrów dalej zamieniały się w strome klify - miejsce wręcz wymarzone dla tych, którzy chcieli napawać się pięknem przyrody. Oraz dla fotografów.




Słońce przygrzewało, a my szliśmy dalej na zachód, w kierunku Worm's Head, słynnego cypla-wyspy, który przypomina leżącego na wodzie morskiego potwora. Co kilka minut spoglądałem na fale, prosząc je w myślach, by zechciały obniżyć się na tyle, aby odsłonić przed nami przesmyk na wyspę. I kolejny raz okazało się, że podczas tej wycieczki wszystko miało się udać. Trafiliśmy na odpływ, więc ochoczo ruszyliśmy zdobywać wodnego smoka.


Widok ze szczytu wzniesienia, zarówno w kierunku lądu, jak i na leżącą jeszcze dalej głowę gada, był niezrównany. Słońce wciąż jeszcze świeciło jasno, więc położyliśmy się na chwilę na trawie, spoglądając beztrosko w niebieskie niebo i granatową toń morza. Musiałem się długo zbierać, żeby w końcu powiedzieć: ruszamy!

Plan był inny, ale przecież od tego są plany, by je zmieniać. Odesłaliśmy naszych kierowców - Matt'a i Kate - autobusem po minibusy, a sami ruszyliśmy na północ, na słynną plażę Rhossili. Morskie fale leniwie oblewały szeroką na 150 metrów plażę, która niewiele dalej zamieniała się w 200-metrowe pasmo wzgórz, pokryte przekwitłym wrzosem.


Nie trzeba było namawiać ani mnie, ani Patrycji, ani nawet Kaji, Ross'a czy Myra'y - wszyscy mniej lub bardziej ochoczo ruszyli do wody.
Jeszcze teraz mam przed oczyma ten widok, kiedy w trójkę biegniemy po twardym piasku, skąpani w morskiej wodzie i zachodzącym słońcu. Na chwilę poczułem, że czas zwolnił, a my znaleźliśmy się w przestrzeni snu - pięknej niczym filmowa sceneria i ulotnej jak marzenie.


Mógłbym właściwie skończyć opowiadanie tutaj, ale nie dość jeszcze wrażeń wam przekazałem. Nie dość jeszcze podzieliłem się radością tej wycieczki. Słuchajcie zatem dalej...

Czekając na nasze wehikuły, zatrzymaliśmy się w przytulnym barze na szczycie klifu. Za oknem kolory zmieniały się bajkową feerią z żółtego popołudnia w czerwień zachodu, purpurę ostatnich promieni i granat nocy.

Wieczór podzielił grupę - część została i oglądała film, my zaś poszliśmy do typowego walijskiego pubu (czytaj: smętnego, opuszczonego i nudnego, który zamykają o 23). Jako że sam nie pasjonuję się szczególnie siedzeniem w pubie przy piwie, to po wygranej partii w bilarda (nauka Dzadka nie poszła na marne!) zaproponowałem spacer - a gwiazdy były jasne tego dnia. Przyłączyła się Myra i Jooyoung, więc przez jakiś czas obserwowaliśmy jasnego jak słońce Oriona i Wielki Wóz. Czas mijał i otulał nas chłód nocy, więc zaproponowałem, że pójdę po koc. Wojtek jak powiedział, tak zrobił, ale po drodze zgarnął jeszcze 6 innych osób. Sam nie wiem, jak zmieściliśmy się w 8 osób na jednym kocu termicznym 2x2 metry. Ale i tak było fajnie.




Kiedy patrzę na to, co teraz piszę, to odnoszę wrażenie, że ten jeden dzień przyniósł nam więcej wrażeń niż niejedna weekendowa wycieczka. Nie będę pisał wiele więcej, niech resztę dopowie Wam wyobraźnia jeśli zechcecie obejrzeć zdjęcia. Od siebie dodam tylko, że może moja stłuczona pięta była ceną za tę wspaniałą wycieczkę. Nawet jeśli faktycznie tak było, to i tak tego nie żałuję.

Zapraszam:

http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/PortEynon - impresje moje

http://www.flickr.com/photos/dynamisx/sets/72157603826207053/ - wizje naszego klubowego fotografa Matt'a

wtorek, 22 stycznia 2008

"Malo mori quam foedari"

Duże brawa dla tego, kto mi z pamięci powie, co znaczy ta łacińska mądrość...

Ciąg dalszy za kilka dni.

Duke of Edinburgh

- lubię podróżować
- uważam, że warto poświęcać czas na wolontariat
- myślę, że praca z młodzieżą w zakresie podobnym do polskiego harcerstwa może być więcej niż ciekawa
- Duke of Edinburgh to coś a la program wspierający harmonijny rozwój młodzieży (umiejętności, sport, wolontariat i ekspedycje), który ich wysiłki uwiecznia odznakami i uściskiem ręki Księcia Edynburga - Philipa.

Biorąc te trzy powody pod uwagę nikt nie będzie się chyba dziwił, że nie zastanawiałem się ani chwili, gdy pojawiła się okazja, by objąć opiekę i kierownictwo nad grupą Duke of Edinburgh Award w pobliskim liceum.

W środę spotkałem się z nimi i głównym opiekunem, panem Richardem, który jest nauczycielem historii i miłośnikiem wędrowania. Chłopaków i dziewczyn jest razem około trzydziestu. Wydaje mi się, że są średnio zaangażowani, ale może po to tu właśnie jestem, żeby to zmienić. Póki co dostałem gruby niebieski folder z papierami i wskazówkami - zarówno tymi biurokratycznymi, jak i praktycznymi.

Po spotkaniu poszedłem pan Richard zaprosił mnie do restauracji w Egham i porozmawialiśmy o tym, jak to wszystko naprawdę wygląda od wewnątrz. Miło było odkryć, że mimo pozorów porządku i dyscypliny organizacja wszędzie na świecie wygląda tak samo - ci na dole nadstawiają głowy i naginają czasem przepisy, żeby w ogóle cała rzecz miała ręce i nogi. Czyli jesteśmy w domu.

Na koniec jeszcze okazało się, że pan Richard, mimo że należydo Kościoła Anglii, od wielu lat interesuje się muzyką liturgiczną (zwłaszcza po łacinie), śpiewa w chórze a dawniej grał na kościelnych organach. Nie musiałem wiele dodawać, żeby rozmowa przeskoczyła na mszą trydencką. i tym sposobem dowiedziałem się, że w Oxfordzie co niedzielę rano odbywa się msza w starym rycie - ta "tyłem do ludu" i "po łacinie". Coraz bardziej chcę tam studiować...