czwartek, 3 lipca 2008
1 lipca - wtorek
Wieczorem pokazywalem Wan Yung zdjęcia ze Szkocji. I tak jak wcześniej, kiedy przeglądałem je w Polsce, wróciły miłe wspomnienia. I tak jak wcześniej, pomyślałem, że jednak esencją każdej podróży są jednak ludzie. Ludzie nie tylko Ci, którzy wyjdą nam naprzeciw, obcy, których poznamy i staną się bliscy. W równym stopniu liczą się Ci, z którymi przychodzi nam podróż dzielić. To, co potem ogląda się na zdjęciach jest cały czas żywo zapisane w sercach i pamięci – i przy każdym wspomnieniu wrócić do miejsc i ludzi, którzy tam pozostali. Dlaczego to takie ważne? Bo jak niewiele innych rzeczy umacnia więzi: tylko nasza czwórka, nikt inny, będzie się śmiać, kiedy spojrzymy na zdjęcie Aleksa jedzącego krewetkę. Nikt inny nie będzie też wiedzieć, jak doskonale smakowały pozbierane 3 dni wcześniej, wyszorowane i ugotowane na kocherku małże. Ot, w tym cały sens – gromadzić wspólne doświadczenia – cegły, i wspomnienia – spoiwo dla dobrej znajomości.
Później przyjechały zakupy z Tesco i ruszyliśmy do akcji. W zbudowanym przeze mnie, a zrekonstruowanym przez Wan Yung kominku ogrodowym (w ogródku leżała sterta cegieł, więc po egzaminach, żeby się odstresować, ułożyłem z nich kominek) rozpaliliśmy ogień. Leniwi Anglicy wymyślili samorozpalające się paczki z węglem drzewnym, więc udało nam się wzniecić ogień „jedną zapałką” (chociaż moja leśna dusza ubolewała nam takim ułatwianiem sobie sprawy...). Mięso też było już gotowe i zamarynowane (po marokańsku i po chińsku rzekomo, ale ja bym powiedział, że było po prostu dobre) więc zajęło nam tylko...30 minut, żeby je upiec, bo węgiel Tesco jakoś średnio się palił. Ale mieliśmy przynajmniej czas poopowiadać historie z ostatnich kilku tygodni.
30 czerwca - poniedziałek
Kiedy wchodziłem do wielkiego, lśniącego szkłem i czerwonym marmurem gmachu na 6 London More Place, obawiałem się troszkę – pierwszego wrażenia, które miałem niebawem wywrzeć, rundy zapoznawczej, która zawsze jest nieco krępująca (nigdy nie pamiętam żadnych imion). I tego, czy mój ubiór będzie wystarczająco przyzwoity. Niepotrzebnie. Naprzeciwko mnie widzę pana w dżinsach i t-shircie, a atmosfera jest raczej luźna i przyjazna. Okazało się jednak, że na dziś nic specjalnie nie ma dla mnie do zrobienia – dopiero po 2 godzinach dostałem zeszłoroczne raporty o zadowoleniu i lojalności klientów Citibanku w Polsce i w Niemczech – do wglądu i zapoznania się, bo będę pracował nad tegorocznymi. Czas biegł powoli tak jak chmury za oknem, przesuwające się nad wieżowcami londyńskiego City, największej bodaj dzielnicy finansowej. O 17.30 wyszedłem, żeby zobaczyć się z Magdą, koleżanką z liceum.
Spotkaliśmy się na Covent Garden, które w Londynie służy jako rynek – wciśnięte między stare kamienice z XVIII i XIX wieku brukowane ulice i plac wypełnione są zwykle śpiewem ulicznych bardów i śmiechem tłumu zabawianego przez komików. Dawniej sam plac służył jako rynek kwiatowy, teraz zastąpiły go stragany z pamiątkami i kawiarnie.
Spotkanie z Magdą było trochę jak spojrzenie w lustro. Skończyliśmy przecież tą samą klasę i tak samo wyruszyliśmy na Wyspy, żeby spróbować tu naszych sił. Zdało mi się jednak, że Magda wybrała inną niż ja drogę. Jak mówiła, nie przeszkadza, a nawet pasuje jej styl życia angielskiego studenta; zrewidowała, jak mówi, swoje spojrzenie na życie, moralność i różne inne sprawy. I to jest, moim zdaniem, to ogromne zagrożenie, jakie niesie ze sobą kraj taki jak ten – w miriadzie kolorów, kultur, religii i ras, gdzie „równość w różnorodności” jest jak narodowe godło, wszystkich niesie ciepły i płytki prąd relatywizmu. To nie różnorodność stworzona z mieszania się odmienności – to wielka masa tych, dla których jakakolwiek poszczególna droga jest zbyt obojętna. Dlatego też akceptują wszystkie naraz, hucznie chrzcząc ów wyczyn „tolerancją”. Ale Magdzie ułożyło sie tu dobrze – studiuwała, jak chciała, języki, pracowała i zarabiała na siebie, a za 2 dni wyjeżdża do Rzymu na rocznego Erasmusa. Oraz pracę jako przewodnik turystyczny po Włoszech. Ciekawe, czy będzie odbierała włoską kulturę inaczej po 2 latach spędzonych w Anglii.
Wróciłem do Egham przed północą i szybko zrobiliśmy z Wan Yung zakupy online – jeśli dowiozą jutro o czasie, to zrobimy grilla.
Raz jeszcze
piątek, 2 maja 2008
Ziemia się trzęsie
Wczoraj okazało się jednak, że w istocie jest inaczej. Podobno Ci, którzy mieszkają w akademikach odczuli lekkie wstrząsy. Nic się nie stało i cała sprawa niosła ze sobą nie niepokój, ale ekscytację. Ja całą rzecz przespałem. Zrozumiałem natomiast, że kiedy rok temu obudziłem się w środku nocy i zobaczyłem, że woda w butelce lekko drżała, to nie były to żadne zwidy.
Wieczór po koreańsku
Nie było to jednak nawet częściowo odpowiednikiem tego, czym ugościły nas Victoria i Jooyoung. Sądziłem, że już poprzednio skosztowałem tradycyjnych i typowych dań z Korei. Myliłem się. Tajemnicze potrawy o niezwykłych kolorach bulgotały w patelniach, a egzotyczne zapachy unosiły się w powietrzu. Było to jak wejście do świątyni, gdzie zapach kadzidła i krzątanina poprzedza zbliżający się rytuał, gdzie w pełnym napięcia powietrzu można wyczuć ciekawość i niecierpliwe oczekiwanie. Sama uczta była zaś iście niebiańska.
Zaspokoiwszy zmysły smaku i zapachu, przeszliśmy do pokoju. Tam nasyciliśmy się poezją i pięknem, oglądając film historyczny o Korei. Każdemu, kto miałby okazję, polecam: "King and the Clown". Jest to też bodaj jedyny film, jaki dane mi było oglądać, w którym aktor jest piękniejszy (piękniejszy, nie bardziej przystojny) od aktorek.
Na rozmowach i żartach mijała nam noc, więc kiedy wychodziliśmy, ptaki wyśpiewywały już nadchodzącą jutrzenkę.
piątek, 22 lutego 2008
Wiersz dla Staszka
---------------------------
***
Na melodię "Rozmowy" Jacka Kaczmarskiego
Pan zawsze jest cichy i skromny
Jakby niemiał nic do powiedzenia.
Gdy zabrzmi pana głos bezstronny
To słychać jakby mowę z kamienia,
A dziś przecież każdy jest pomny
Że język granicą istnienia.
Dla mnie język jest jak katedra.
Z jej iglicy w chmury strzela myśli ptak,
By dosięgnąć na niebie San Pedra
Właśnie, niebo. Pan buja w obłokach
I po myśli krainach się włóczy
A na ziemi codzienność skryta w mrokach
Komnaty, do której brak kluczy.
Pan sądzi, że nas w mgnieniu oka
Swym przykładem pięknie pouczy.
Proszę pana, ja Kanta lubię,
Ale lepszy mam układ z Chrystusem.
Za tę pewność, że się nie zgubię
Idę drogą pod własnym przymusem.
Właśnie, droga. Dokąd pan zmierza?
Jaką mapą się pan kieruje?
Ludzkie życie jak byka corridzie,
A pan je na jagnię czaruje.
Pan oczy odwraca we wstydzie
Gdy świat się widokiem raduje.
Proszę pana, niech pan zrozumie,
Że są pytania bez odpowiedzi.
Ja naprzód idę tak jak umiem,
A świat niech się nade mną biedzi.
Wiersz-rewanż
***
Na melodię "Rozmowy" Jacka Kaczmarskiego
Pan w drodze przemierza przestrzenie
I stopy swe stawia na szczytach
Wciąż w górze utkwione spojrzenie
Tam dokąd jeszcze pan nie zawitał
Blask z nieba - poniżej cienie
- Pan mieni się w świata zachwytach!
Proszę pana, o świat nie chodzi,
Kiedy chodzić chce się w błękicie
Życie, aby światu dogodzić
Nie dla Niego byłoby życiem.
Właśnie - życie! Pan nie zaprzeczy
Że z życia bierze to, co najlepsze
Wysiłek, który w wędrówce cieszy
Jest dla pana niczym powietrze
Bo niczym są ludzie i rzeczy
Gdy wkoło otwiera się przestrzeń!
Proszę pana, na rzeczy zgoda
Lecz o ludziach myślę inaczej
Tego, który siły mi dodał
Staram się w nich wszystkich zobaczyć.
Właśnie - siła! Bez siły człowiek
Nie znajdzie w życiu własnego głosu
Prawdy o sobie nikt się nie dowie
Póki sam sobie nie zada ciosu
A pan wciąż przecież tworzy opowieść
O byciu kowalem losu!
Proszę pana, krucha jest siła
Którą bierze się z siebie samego
Więc krew życia tętniącą w żyłach
Czerpię tylko od niego
Poznań, 28 stycznia 2008 r.