czwartek, 10 lipca 2008
Piątek, 4 lipca
Jacqui Ball
Associate Project Director “
Tak właśnie tu jest – co dzień ktoś podrzuca na biurko w przejściu paczkę słodyczy, cukierków albo ciasto. Irytuje mnie to nieco, bo chciałbym nie tylko jeść, ale dać jeść innym. Znaczy się – upiec ciasto. Problem w tym, że nie bardzo mam na to czas. Być może w weekend się znajdzie. Dziś natomiast jestem poirytowany nawet bardziej, gdyż Ed, który siedzi dwa biurka dalej, przyniósł właśnie samodzielnie upieczone ciasto. Tym samym, chociaż nie zdaje sobie zapewne z tego sprawy, rzucił mi ciche wyzwanie – nie mogę przecież przynieść zwykłego biszkopta, kiedy on raczy nas ciastem bananowym z kawałkami czekolady. Ambicja, ach, trudna rzecz!
W południe poszliśmy na piątkowy lunch – dołączyłem bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Jedynym zaskoczeniem był fakt, że Anglicy serwują „sandwich” z tuńczykiem czy bekonem....na talerzu pełnym frytek. Co kraj to obyczaj, jak to mawia czasem moja babcia...
Wieczorem natomiast jedziemy z Wan Yung do Coventry, odwiedzić Pardis i jej rodziców. Myślałem, że autobus jest o 20.30. O 17.30 zaś zorientowałem sie, że odjeżdża zaledwie godzinę poźniej. Zdążyliśmy jednak w samą porę.
wtorek, 8 lipca 2008
Czwartek, 3 lipca
"Datatool editing" – ładna nazwa na kilkugodzinne klikanie w Excelu. Ale i tak lepsze to, niż updatowanie bazy kontaktowej , która robiłem kiedyś w Pentorze w Poznaniu (nota bene Pentor jest obecnie częścią Research International). W teorii miało mi to zająć półtorej dnia, ale skończyłem szybciej i pomogłem jeszcze w zmienianiu kwestionariuszy - "copy and paste job", jak mówi Ami, która przydziela mi zadania. Dziś popełniłem błąd i nie wziąłem odtwarzacza mp3, żeby było coś pożytecznego z tych kilku godzin. Jutro się poprawię.
Po południu było jeszcze spotkanie, na którym koordynatorka projektu tłumaczyła nam schemat naszej pracy na najbliższe 3 miesiące oraz przydzielała zadania. Spotkanie wyglądało trochę jak piknik - na stole czekoladki i ciasteczka, a ludzie półleżą na sofach. Było tam jednak niebezpiecznie ciepło i wygodnie - po 10 minutach zacząłem czuć, że nie będą to łatwe 2 godziny; po kolejnym kwadransie już nawet przygryzanie warg nie pomagało i 5 minut później...z drzemki wyrwał mnie głos prowadzącej - czy nie wolałbyś się przesiąść pod wentylację, bo tu jest chyba za ciepło? Nie wiem, czy byłem bardziej zawstydzony, czy też wdzięczny jej za propozycję - przesiadłem się i istotnie pomogło. I nawet nikt nie robił z tego afery - może zdarza się to częściej niż przypuszczam?
Na wieczór przewidziana była kolacja firmowa z okazji rozpoczęcia pracy nad projektem Citibanku. Ponoć to tutaj nieformalna tradycja, że kolacja jest nie tylko po pomyślnym zakończeniu, ale też przed rozpoczęciem. Nie żebym miał coś przeciwko, bynajmniej...
Poszliśmy do "the Real Greek", restauracji greckiej na południowym brzegu Tamizy. Koordynatorka projektu, o tuszy typowego smakosza, oszczędziła nam trudności wyboru - po krótkiej konsultacji z kelnerką zamówiła praktycznie całe menu. Przestałem się dziwić, kiedy okazało się, że pochodzi ona z Malezji. Jak mówiła Wan Yung, Malezyjczycy mają obsesję na punkcie jedzenia...Tak czy siak, jedzenie było wspaniałe i, czego się nie spodziewałem, prawdziwie greckie - takie, jakie pamiętam z podróży na Kretę. Kelnerka bardzo się ucieszyła, kiedy to usłyszała.
Ta krótka historia ma jednak nieco smutny koniec - Wan Yung też akurat ugotowała dla nas obiad, a ja wróciłem zbyt późno (i zbyt najedzony), żeby jeszcze cokolwiek zjeść. Więc malezyjskie danie musi poczekać do niedzieli, bo jutro jedziemy odwiedzić Pardis w Coventry. Wan Yung była nie bardzo zadowolona...chyba teraz lepiej rozumiem tatę i jego często powroty ze "służbowych kolacji"...
Środa, 2 lipca
„Anglicy są mistrzami niedomówień” pisał Jerzy Schroeder w protokole dyplomatycznym dla Wielkiej Brytanii. Istotnie. Sądziłem bowiem, że praca przewidziana na półtorej dnia, „Datatool formatting”, będzie ciekawa. A to była tylko kolejna piękna nazwa na klikanie w komórki w Excelu. 9 skoroszytów, kilka tysięcy wierszy każdy. A ja miałem wykasować co drugą linię i pokolorować to, co zostanie. Myślicie może – „biedny Wojtek”? Albo „szkoda życia na takie coś”? A ja Wam powiem – nie! Szczypta wyobraźni i komórki z danymi zamieniły się we wrogich żołnierzy na polu walki, a ramki kolumn i wierszy w drzewa i okopy. Biegłem między nimi bez tchu, oddając nie więcej niż 2-3 strzały w serii. Każdy strzał był zwycięstwem w pojedynku – któż pokonał kiedykolwiek 340 wrogów bez porażki? Ale i ja czasem padałem – nietrafiony strzał i cała wielotysięczna kolumna odznaczała się i musiałem zaczynać od nowa. Tak to 5 godzin nudy zamieniłem na dramatyczny teatr wojny...
Na wieczór natomiast plan był dużo ciekawszy. Po 2 latach pobytu w Londynie postanowiłem zrealizować kulturowe marzenie i zobaczyć jeden ze słynnych musicali na West Endzie. Wan Yung dostała bilety i o 7.30 zasiedliśmy w fotelach, żeby zobaczyć „Les Miserables”, czyli adaptację „Nędzników” Victora Hugo...
czwartek, 3 lipca 2008
1 lipca - wtorek
Wieczorem pokazywalem Wan Yung zdjęcia ze Szkocji. I tak jak wcześniej, kiedy przeglądałem je w Polsce, wróciły miłe wspomnienia. I tak jak wcześniej, pomyślałem, że jednak esencją każdej podróży są jednak ludzie. Ludzie nie tylko Ci, którzy wyjdą nam naprzeciw, obcy, których poznamy i staną się bliscy. W równym stopniu liczą się Ci, z którymi przychodzi nam podróż dzielić. To, co potem ogląda się na zdjęciach jest cały czas żywo zapisane w sercach i pamięci – i przy każdym wspomnieniu wrócić do miejsc i ludzi, którzy tam pozostali. Dlaczego to takie ważne? Bo jak niewiele innych rzeczy umacnia więzi: tylko nasza czwórka, nikt inny, będzie się śmiać, kiedy spojrzymy na zdjęcie Aleksa jedzącego krewetkę. Nikt inny nie będzie też wiedzieć, jak doskonale smakowały pozbierane 3 dni wcześniej, wyszorowane i ugotowane na kocherku małże. Ot, w tym cały sens – gromadzić wspólne doświadczenia – cegły, i wspomnienia – spoiwo dla dobrej znajomości.
Później przyjechały zakupy z Tesco i ruszyliśmy do akcji. W zbudowanym przeze mnie, a zrekonstruowanym przez Wan Yung kominku ogrodowym (w ogródku leżała sterta cegieł, więc po egzaminach, żeby się odstresować, ułożyłem z nich kominek) rozpaliliśmy ogień. Leniwi Anglicy wymyślili samorozpalające się paczki z węglem drzewnym, więc udało nam się wzniecić ogień „jedną zapałką” (chociaż moja leśna dusza ubolewała nam takim ułatwianiem sobie sprawy...). Mięso też było już gotowe i zamarynowane (po marokańsku i po chińsku rzekomo, ale ja bym powiedział, że było po prostu dobre) więc zajęło nam tylko...30 minut, żeby je upiec, bo węgiel Tesco jakoś średnio się palił. Ale mieliśmy przynajmniej czas poopowiadać historie z ostatnich kilku tygodni.
30 czerwca - poniedziałek
Kiedy wchodziłem do wielkiego, lśniącego szkłem i czerwonym marmurem gmachu na 6 London More Place, obawiałem się troszkę – pierwszego wrażenia, które miałem niebawem wywrzeć, rundy zapoznawczej, która zawsze jest nieco krępująca (nigdy nie pamiętam żadnych imion). I tego, czy mój ubiór będzie wystarczająco przyzwoity. Niepotrzebnie. Naprzeciwko mnie widzę pana w dżinsach i t-shircie, a atmosfera jest raczej luźna i przyjazna. Okazało się jednak, że na dziś nic specjalnie nie ma dla mnie do zrobienia – dopiero po 2 godzinach dostałem zeszłoroczne raporty o zadowoleniu i lojalności klientów Citibanku w Polsce i w Niemczech – do wglądu i zapoznania się, bo będę pracował nad tegorocznymi. Czas biegł powoli tak jak chmury za oknem, przesuwające się nad wieżowcami londyńskiego City, największej bodaj dzielnicy finansowej. O 17.30 wyszedłem, żeby zobaczyć się z Magdą, koleżanką z liceum.
Spotkaliśmy się na Covent Garden, które w Londynie służy jako rynek – wciśnięte między stare kamienice z XVIII i XIX wieku brukowane ulice i plac wypełnione są zwykle śpiewem ulicznych bardów i śmiechem tłumu zabawianego przez komików. Dawniej sam plac służył jako rynek kwiatowy, teraz zastąpiły go stragany z pamiątkami i kawiarnie.
Spotkanie z Magdą było trochę jak spojrzenie w lustro. Skończyliśmy przecież tą samą klasę i tak samo wyruszyliśmy na Wyspy, żeby spróbować tu naszych sił. Zdało mi się jednak, że Magda wybrała inną niż ja drogę. Jak mówiła, nie przeszkadza, a nawet pasuje jej styl życia angielskiego studenta; zrewidowała, jak mówi, swoje spojrzenie na życie, moralność i różne inne sprawy. I to jest, moim zdaniem, to ogromne zagrożenie, jakie niesie ze sobą kraj taki jak ten – w miriadzie kolorów, kultur, religii i ras, gdzie „równość w różnorodności” jest jak narodowe godło, wszystkich niesie ciepły i płytki prąd relatywizmu. To nie różnorodność stworzona z mieszania się odmienności – to wielka masa tych, dla których jakakolwiek poszczególna droga jest zbyt obojętna. Dlatego też akceptują wszystkie naraz, hucznie chrzcząc ów wyczyn „tolerancją”. Ale Magdzie ułożyło sie tu dobrze – studiuwała, jak chciała, języki, pracowała i zarabiała na siebie, a za 2 dni wyjeżdża do Rzymu na rocznego Erasmusa. Oraz pracę jako przewodnik turystyczny po Włoszech. Ciekawe, czy będzie odbierała włoską kulturę inaczej po 2 latach spędzonych w Anglii.
Wróciłem do Egham przed północą i szybko zrobiliśmy z Wan Yung zakupy online – jeśli dowiozą jutro o czasie, to zrobimy grilla.
Raz jeszcze
piątek, 2 maja 2008
Ziemia się trzęsie
Wczoraj okazało się jednak, że w istocie jest inaczej. Podobno Ci, którzy mieszkają w akademikach odczuli lekkie wstrząsy. Nic się nie stało i cała sprawa niosła ze sobą nie niepokój, ale ekscytację. Ja całą rzecz przespałem. Zrozumiałem natomiast, że kiedy rok temu obudziłem się w środku nocy i zobaczyłem, że woda w butelce lekko drżała, to nie były to żadne zwidy.