czwartek, 10 lipca 2008
Coventry, 5 i 6 lipca
Nastepnego dnia pozwiedzaliśmy Coventry, miasto prawie całkowicie zniszczone przez bombardowania Luftwaffe podczas drugiej wojny światowej (R.A.F. w odwecie zbombardował Drezno, teraz zaś oba miasta związane są partnerskim programem pokoju). Ruiny dawnej katedry wciąż wyglądają majestatycznie, mimo, ze wciśnięte między niewielki plac uniwersytetu Coventry i stary ratusz, który jako jeden z niewielu budynków przetrwał bombardowania. Katedra nowa, stojąca tuż obok, nie robi juz takiego wrażenia – twórca malowidła na ołtarzu poszedł w abstrakcję I nowoczesny symbolism, który niezbyt rozpala uczucia religijne, natomiast drażni estetyczną część duszy. Jedynym ładnym elementem zdaje się być wielki boczny witraż, ale to bardziej ze względu na piękną grę świateł aniżeli wyrażanie głębokich religijnych treści.
Coventry znane jest też z opowieści-legendy o Lady Godivie, która by przebłagać stanowczego męża, władcę miasta i okolicznych ziem, aby zdjął ciążący na mieszkańcach podatek, przegalopowała nago przez miasto na końskim grzbiecie. Tyle legendy, ale jej pomnik można do dziś zobaczyć na głównym placu.
Tata Pardis, służąć jako wcale dobry przewodnik, zawiózł nas też do zamku Kenilworth. Miejsce odgrywało ważne miejsce w historii środkowej Anglii na przestrzeni wieków: sztuczne jezioro otaczające zamek z 3 stron trzymało z dala machiny oblężnicze, zaś wnętrza były świadkami niezwykle wystawnych bankietów, które hrabia Leicester Robert Dudley organizował dla goszczącej u niego królowej Elżbiety I.
Popołudniu czekała nas jeszcze jedna ciekawostka – śluzy. Ale jakie śluzy! Na długości kilkuset metrów (jeśli nie dłuższej) rozciągał się cały system mechanizmów. Niczym rzeczne schody pozwalał on płynąć tak w dół, jak i w gorę rzeki. Wszystko to zaś zbudowano przeszło 100 lat temu, jeszcze w XVIII wieku.
Obiad, którym nas potem ugoszczono był, jak nam powiedziano, tradycyjny, ale charakterystyczny tylko dla północnego Iranu, a więc okolic Teheranu i Damovand, skąd rodzina Pardis właściwie pochodzi. Na stole zagościła ciepła potrawa z bakłażanów – swoista pasta, którą z wielkim smakiem nakładałem na chleb. Obok królowało wielkie naczynie z jagnięciną przyrządzoną w soczewicy. Charakterystyczny ich smak nie był jednak, jak ostrzegała nas nie jeden raz wcześniej Pardis, niezwykle gorzki i kwaśny. I owszem, kuchnia irańska z takim zwykle smakiem się kojarzy, lecz okazało się, że to sama Pardis gustuje w daniach bardzo kwaśnych, więc I my, będąc przez nią nieraz częstowani jedzeniem, które przywiozła z domu bądź przyrządziła sama, mieliśmy nieco mylne o irańskiej kuchni mniemanie. Stół wieńczył wielki talerz, na którym spoczywało coś, co z początku przypominało wielki żółty pudding ryżowy. Okazało się jednak, że to po prostu ryż gotowany i pieczony w szafranie w ten sposób, że zewnętrzna warstwa jest chrupka, wewnątrz zaś, pod złocistą skorupką, znajduje się ryż miękki i pulchny. Wszystkie dania razem pozostawiały w ustach ciekawy, lekko gorzki, lecz przyjemny posmak – przyjemny na tyle, że nie chciało się go już zakłócać deserem.
Wieczorem próbowałem znaleźć w okolicy kościół katolicki. Niestety, większość wskazówek mi udzielonych (spośród tych, którzy wiedzieli, gdzie jakiś kościół w ogóle się znajduje) dotyczyło kościoła anglikańskiego,do którego dotarłem po 40 minutach biegania tam i z powrotem po długiej ulicy. Jedna Polka z niewzruszoną pewnością osoby, która wiedzę swoją I radę opiera na własnym doświadczeniu wskazała mi drogę, ale albo ona, albo ja pomyliliśmy kierunki i kościoła ostatecznie nie znalazłem. Napotkałem w końcu panią, która powiedziała, że biegnę w zupełnie przeciwną stronę. Jako że była katoliczką, wskazała mi kościół w centrum, gdzie postanowiłem udać się w niedzielę wczesnym rankiem.
Wieczór upłynął nam na oglądaniu “Stardust”, filmu, który okazał się wielkim rozczarowaniem. Ja zżymałem się na “hollywoodzkość” całej produkcji, Wan Yung zaś na niezgodność z oryginałem, książką Neila Gailmana.
Dnia następnego, znaczy się w niedzielę, istotnie udało mi się trafić do właściwego kościoła. Czułem się nietypowo, bo prócz mnie praktycznie wszyscy wierni byli w wieku emerytalnym. Po mszy zaś jedna pani zaczepiła mnie i zaczęła zachęcać do przyłączenia się do Legionu Maryi, katolickiej organizacji działającej w parafiach. Przykre, ze właśnie jej musiałem najpierw zwrócić uwagę, żeby nie rozmawiać głośno w kościele, ale wyjść na zewnątrz. Przytaknęła, ale broniła się jeszcze tym, że nikt przecież już się nie modli, ja zaś nie byłem w nastroju na tłumaczenie, co znaczy dla mnie (i, jak mi sie wydaje, dla każdego wierzącego) “dom Boży” i “żywa obecność Chrystusa”…
Ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy w Coventry było museum transportu. Jako całość wystawy samochodów z różnych dekad uznaję je za ciekawe, natomiast główna atrakcja tego miejsca – “symulator” jazdy najszybszym pojazdem na świecie – to zdecydowane rozczarowanie, zwłaszcza jeśli kiedykolwiek doświadczyło się wzbijania w przestrzeń powietrzną samolotu.
Na koniec czekała nas wizyta wuja Sama. Ta, zdawało by się nieciekawa perspaktywa okazała się jednym z najciekawszych momentów naszego pobytu w Coventry. Wuj Sam bowiem to stary przyjaciel taty Pardis jeszcze z czasów studenckich i, jak to zwykle z przyjaciółmi bywa gdy się spotykają, stają się dużo bardziej swobodni w rozmowie, nawet jeśli towarzyszą temu osoby trzecie, jak ja i Wan Yung. To, co zaczęło się niewinnie jako niezobowiązująca pogawędka, wkrótce przerodziło się w prawdziwą dyskusję (--> ..::Wizyta wuja Sama::..).
Późnym wieczorem razem z Pardis wróciliśmy do Egham – ja z balonikiem napełnionym helem. Kupił mi go tata Pardis, mówiąc, że zawsze osiągać to, czego chcę, nawiązując do moich słów rzuconych mimochodem o tym, że nigdy takiego balonika nie miałem…
Piątek, 4 lipca
Jacqui Ball
Associate Project Director “
Tak właśnie tu jest – co dzień ktoś podrzuca na biurko w przejściu paczkę słodyczy, cukierków albo ciasto. Irytuje mnie to nieco, bo chciałbym nie tylko jeść, ale dać jeść innym. Znaczy się – upiec ciasto. Problem w tym, że nie bardzo mam na to czas. Być może w weekend się znajdzie. Dziś natomiast jestem poirytowany nawet bardziej, gdyż Ed, który siedzi dwa biurka dalej, przyniósł właśnie samodzielnie upieczone ciasto. Tym samym, chociaż nie zdaje sobie zapewne z tego sprawy, rzucił mi ciche wyzwanie – nie mogę przecież przynieść zwykłego biszkopta, kiedy on raczy nas ciastem bananowym z kawałkami czekolady. Ambicja, ach, trudna rzecz!
W południe poszliśmy na piątkowy lunch – dołączyłem bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Jedynym zaskoczeniem był fakt, że Anglicy serwują „sandwich” z tuńczykiem czy bekonem....na talerzu pełnym frytek. Co kraj to obyczaj, jak to mawia czasem moja babcia...
Wieczorem natomiast jedziemy z Wan Yung do Coventry, odwiedzić Pardis i jej rodziców. Myślałem, że autobus jest o 20.30. O 17.30 zaś zorientowałem sie, że odjeżdża zaledwie godzinę poźniej. Zdążyliśmy jednak w samą porę.
wtorek, 8 lipca 2008
Czwartek, 3 lipca
"Datatool editing" – ładna nazwa na kilkugodzinne klikanie w Excelu. Ale i tak lepsze to, niż updatowanie bazy kontaktowej , która robiłem kiedyś w Pentorze w Poznaniu (nota bene Pentor jest obecnie częścią Research International). W teorii miało mi to zająć półtorej dnia, ale skończyłem szybciej i pomogłem jeszcze w zmienianiu kwestionariuszy - "copy and paste job", jak mówi Ami, która przydziela mi zadania. Dziś popełniłem błąd i nie wziąłem odtwarzacza mp3, żeby było coś pożytecznego z tych kilku godzin. Jutro się poprawię.
Po południu było jeszcze spotkanie, na którym koordynatorka projektu tłumaczyła nam schemat naszej pracy na najbliższe 3 miesiące oraz przydzielała zadania. Spotkanie wyglądało trochę jak piknik - na stole czekoladki i ciasteczka, a ludzie półleżą na sofach. Było tam jednak niebezpiecznie ciepło i wygodnie - po 10 minutach zacząłem czuć, że nie będą to łatwe 2 godziny; po kolejnym kwadransie już nawet przygryzanie warg nie pomagało i 5 minut później...z drzemki wyrwał mnie głos prowadzącej - czy nie wolałbyś się przesiąść pod wentylację, bo tu jest chyba za ciepło? Nie wiem, czy byłem bardziej zawstydzony, czy też wdzięczny jej za propozycję - przesiadłem się i istotnie pomogło. I nawet nikt nie robił z tego afery - może zdarza się to częściej niż przypuszczam?
Na wieczór przewidziana była kolacja firmowa z okazji rozpoczęcia pracy nad projektem Citibanku. Ponoć to tutaj nieformalna tradycja, że kolacja jest nie tylko po pomyślnym zakończeniu, ale też przed rozpoczęciem. Nie żebym miał coś przeciwko, bynajmniej...
Poszliśmy do "the Real Greek", restauracji greckiej na południowym brzegu Tamizy. Koordynatorka projektu, o tuszy typowego smakosza, oszczędziła nam trudności wyboru - po krótkiej konsultacji z kelnerką zamówiła praktycznie całe menu. Przestałem się dziwić, kiedy okazało się, że pochodzi ona z Malezji. Jak mówiła Wan Yung, Malezyjczycy mają obsesję na punkcie jedzenia...Tak czy siak, jedzenie było wspaniałe i, czego się nie spodziewałem, prawdziwie greckie - takie, jakie pamiętam z podróży na Kretę. Kelnerka bardzo się ucieszyła, kiedy to usłyszała.
Ta krótka historia ma jednak nieco smutny koniec - Wan Yung też akurat ugotowała dla nas obiad, a ja wróciłem zbyt późno (i zbyt najedzony), żeby jeszcze cokolwiek zjeść. Więc malezyjskie danie musi poczekać do niedzieli, bo jutro jedziemy odwiedzić Pardis w Coventry. Wan Yung była nie bardzo zadowolona...chyba teraz lepiej rozumiem tatę i jego często powroty ze "służbowych kolacji"...
Środa, 2 lipca
„Anglicy są mistrzami niedomówień” pisał Jerzy Schroeder w protokole dyplomatycznym dla Wielkiej Brytanii. Istotnie. Sądziłem bowiem, że praca przewidziana na półtorej dnia, „Datatool formatting”, będzie ciekawa. A to była tylko kolejna piękna nazwa na klikanie w komórki w Excelu. 9 skoroszytów, kilka tysięcy wierszy każdy. A ja miałem wykasować co drugą linię i pokolorować to, co zostanie. Myślicie może – „biedny Wojtek”? Albo „szkoda życia na takie coś”? A ja Wam powiem – nie! Szczypta wyobraźni i komórki z danymi zamieniły się we wrogich żołnierzy na polu walki, a ramki kolumn i wierszy w drzewa i okopy. Biegłem między nimi bez tchu, oddając nie więcej niż 2-3 strzały w serii. Każdy strzał był zwycięstwem w pojedynku – któż pokonał kiedykolwiek 340 wrogów bez porażki? Ale i ja czasem padałem – nietrafiony strzał i cała wielotysięczna kolumna odznaczała się i musiałem zaczynać od nowa. Tak to 5 godzin nudy zamieniłem na dramatyczny teatr wojny...
Na wieczór natomiast plan był dużo ciekawszy. Po 2 latach pobytu w Londynie postanowiłem zrealizować kulturowe marzenie i zobaczyć jeden ze słynnych musicali na West Endzie. Wan Yung dostała bilety i o 7.30 zasiedliśmy w fotelach, żeby zobaczyć „Les Miserables”, czyli adaptację „Nędzników” Victora Hugo...
czwartek, 3 lipca 2008
1 lipca - wtorek
Wieczorem pokazywalem Wan Yung zdjęcia ze Szkocji. I tak jak wcześniej, kiedy przeglądałem je w Polsce, wróciły miłe wspomnienia. I tak jak wcześniej, pomyślałem, że jednak esencją każdej podróży są jednak ludzie. Ludzie nie tylko Ci, którzy wyjdą nam naprzeciw, obcy, których poznamy i staną się bliscy. W równym stopniu liczą się Ci, z którymi przychodzi nam podróż dzielić. To, co potem ogląda się na zdjęciach jest cały czas żywo zapisane w sercach i pamięci – i przy każdym wspomnieniu wrócić do miejsc i ludzi, którzy tam pozostali. Dlaczego to takie ważne? Bo jak niewiele innych rzeczy umacnia więzi: tylko nasza czwórka, nikt inny, będzie się śmiać, kiedy spojrzymy na zdjęcie Aleksa jedzącego krewetkę. Nikt inny nie będzie też wiedzieć, jak doskonale smakowały pozbierane 3 dni wcześniej, wyszorowane i ugotowane na kocherku małże. Ot, w tym cały sens – gromadzić wspólne doświadczenia – cegły, i wspomnienia – spoiwo dla dobrej znajomości.
Później przyjechały zakupy z Tesco i ruszyliśmy do akcji. W zbudowanym przeze mnie, a zrekonstruowanym przez Wan Yung kominku ogrodowym (w ogródku leżała sterta cegieł, więc po egzaminach, żeby się odstresować, ułożyłem z nich kominek) rozpaliliśmy ogień. Leniwi Anglicy wymyślili samorozpalające się paczki z węglem drzewnym, więc udało nam się wzniecić ogień „jedną zapałką” (chociaż moja leśna dusza ubolewała nam takim ułatwianiem sobie sprawy...). Mięso też było już gotowe i zamarynowane (po marokańsku i po chińsku rzekomo, ale ja bym powiedział, że było po prostu dobre) więc zajęło nam tylko...30 minut, żeby je upiec, bo węgiel Tesco jakoś średnio się palił. Ale mieliśmy przynajmniej czas poopowiadać historie z ostatnich kilku tygodni.
30 czerwca - poniedziałek
Kiedy wchodziłem do wielkiego, lśniącego szkłem i czerwonym marmurem gmachu na 6 London More Place, obawiałem się troszkę – pierwszego wrażenia, które miałem niebawem wywrzeć, rundy zapoznawczej, która zawsze jest nieco krępująca (nigdy nie pamiętam żadnych imion). I tego, czy mój ubiór będzie wystarczająco przyzwoity. Niepotrzebnie. Naprzeciwko mnie widzę pana w dżinsach i t-shircie, a atmosfera jest raczej luźna i przyjazna. Okazało się jednak, że na dziś nic specjalnie nie ma dla mnie do zrobienia – dopiero po 2 godzinach dostałem zeszłoroczne raporty o zadowoleniu i lojalności klientów Citibanku w Polsce i w Niemczech – do wglądu i zapoznania się, bo będę pracował nad tegorocznymi. Czas biegł powoli tak jak chmury za oknem, przesuwające się nad wieżowcami londyńskiego City, największej bodaj dzielnicy finansowej. O 17.30 wyszedłem, żeby zobaczyć się z Magdą, koleżanką z liceum.
Spotkaliśmy się na Covent Garden, które w Londynie służy jako rynek – wciśnięte między stare kamienice z XVIII i XIX wieku brukowane ulice i plac wypełnione są zwykle śpiewem ulicznych bardów i śmiechem tłumu zabawianego przez komików. Dawniej sam plac służył jako rynek kwiatowy, teraz zastąpiły go stragany z pamiątkami i kawiarnie.
Spotkanie z Magdą było trochę jak spojrzenie w lustro. Skończyliśmy przecież tą samą klasę i tak samo wyruszyliśmy na Wyspy, żeby spróbować tu naszych sił. Zdało mi się jednak, że Magda wybrała inną niż ja drogę. Jak mówiła, nie przeszkadza, a nawet pasuje jej styl życia angielskiego studenta; zrewidowała, jak mówi, swoje spojrzenie na życie, moralność i różne inne sprawy. I to jest, moim zdaniem, to ogromne zagrożenie, jakie niesie ze sobą kraj taki jak ten – w miriadzie kolorów, kultur, religii i ras, gdzie „równość w różnorodności” jest jak narodowe godło, wszystkich niesie ciepły i płytki prąd relatywizmu. To nie różnorodność stworzona z mieszania się odmienności – to wielka masa tych, dla których jakakolwiek poszczególna droga jest zbyt obojętna. Dlatego też akceptują wszystkie naraz, hucznie chrzcząc ów wyczyn „tolerancją”. Ale Magdzie ułożyło sie tu dobrze – studiuwała, jak chciała, języki, pracowała i zarabiała na siebie, a za 2 dni wyjeżdża do Rzymu na rocznego Erasmusa. Oraz pracę jako przewodnik turystyczny po Włoszech. Ciekawe, czy będzie odbierała włoską kulturę inaczej po 2 latach spędzonych w Anglii.
Wróciłem do Egham przed północą i szybko zrobiliśmy z Wan Yung zakupy online – jeśli dowiozą jutro o czasie, to zrobimy grilla.