piątek, 25 lipca 2008

Poniedziałek, 14 lipca

Po pracy spotkałem się z Jeffem, profesorem, któremu pomagałem w badaniach podczas roku akademickiego. Zapytałem go, czy na moim miejscy zmieniałby temat licencjatu (okazało się, że mój pierwszy wybór jednak się zwolnił). Okazało się, ż etym, co jest naprawdę istotne jest nie tyle sam temat, ale promotor, który jest znany lub rozpoznawany w kręgach akademickich. Zostaję więc przy tym co już mam. Jeff wiedział też już o moich dobrych wynikach w tym roku, szybko więc powrócił do tematu, który już kiedyś, przed kilkom,a miesiącami rozpoczął: “So, you’re going to do a PhD in the US?”. Szybko przystąpił do objaśniania mi szczegółów – test SAT, który każdy musi zdać i procedura, która następuje potem – pisanie podania i referencje, które mają ponoć kluczowe znaczenie. Pożyjemy, zobaczymy – pomyślałem. Ale wydrukowałem z internetu próbny SAT.

Niedziela, 13 lipca

Po raz kolejny uściskałem rodziców na pożegnanie na tej angielskiej ziemi. Rozstania I powroty to coś, co w naszej rodzinie zagościło już chyba na dobre. Prawdę powiedziawszy to zawsze tam było.

Pożegnawszy rodziców, powitałem się na powrót z lokalną parafią, w której ze względu na wyjazdy nie byłem już dobry miesiąc. Miło było zobaczyć znów znajomego księdza Vlada i śpiewy, którę, choć nie tak bliskie memu sercu co dominikańska oprawa liturgii, zakorzeniły się już we mnie na dobre. Pisałem niegdyś o tym, że piękny w kościele jest właśnie jego uniwersalizm i ponadnarodowość, zachwycałem się tym, że niezależnie od języka i kultury katolicy na całym świecie wierzą w tego samego Chrystusa. Ale dziś odczułem coś zgoła innego – że własnie język, w którym żyjemy, słowa, którymi opisujemy świat i nas samych ma szczególne znaczenie w widzeniu świata. Dlaczego? Może zabrzmi to cokolwiek dziwnie, ale kiedy usłyszałem z ust ojca Vlada nie “Body of Christ” lecz “Cialo Chrystusa”, poczułem się w szczególny sposób wzruszony.

Niespodzianka

Oto i ona:


środa, 23 lipca 2008

Sobota, 12 lipca

Sobota rano. Śniadanie z rodzicami i polski chleb. Czegóż chcieć więcej?...

W drodze do Londynu poprowadziłem rodziców przez uczelnię, żeby pokazać im niespodziankę, którą przez cały rok szykowałem (--> ..::Niespodzianka::..).

W Londynie byliśmy wczesnym popołudniem, więc na Covent Garden (zatłoczonym tradycyjnie przez turystów) zjedliśmy smaczny obiad rodem z Indii.


Godzinę później zaś kupowaliśmy koszulę wizytową na Oxford Street (wszystkim tym, którym nazwa tej ulicy przywodzi na myśl jedynie skojarzenie z produktami i cenami z najwyższej półki, muszę powiedzieć, że się mylą – podczas wyprzedaży trafić można na porządne rzeczy (głównie odzież) w cenach…niższych niż polskie: dla przykładu – elegancka koszula wizytowa (dostępne wszystkie kolory i wszystkie rozmiary) to 25 funtów, czyli ok. 100zł; mogę się mylić, ale w Polsce są one chyba droższe).


Wieczorem wypisałem razem z tatą wniosek o wizę do Stanów Zjednoczonych. To kolejny (mały) krok do mety maratonu w Nowym Yorku.

I tak minął krótki weekend z rodzicami. Smutne to, bo nasze wspólne weekendy w ciągu roku można by niemal policzyć na palcach. Z drugiej jednak strony, każdy z nich jest niemal jak święto i ma wartość nieporównywalnie większą niż “zwykły weekend”, który spędzaliśmy dawniej.

Piątek, 11 lipca

Kiedy dziś wieczorem wróciłem do Egham, nie byłem, jak zawsze, sam. Na progu słyszeć się dało nie jeden, lecz trzy różne głosy, nie samotne westchnienie w pustym pokoju, ale gwar rozmowy od dawna to niesłyszanej Miałem bowiem gości, bardzo szczególnych gości. Przyjechali moi Rodzice.

Zastanawia mnie to co sam tutaj piszę. Zwykle przecież Rodziców nie gości się, tak jak oni nie goszczą nas w naszym domu. Wspólnota rodzinna jest nierozdzielna, trudno więc traktować jak gościa-przybysza kogoś, kto nim tak naprawdę nie jest…ale jednak. Może teraz właśnie jest czas, kiedy tworzy się w dzieciach poczucie odrębności, poczucie, które powoli, lecz nieustępliwie przemawia do naszej duszy, że Rodzice, choć bliscy, są jednak kimś innym – że z całą swoją przeszłością i życiem, które tak jak i my prowadzą poza domem są niezależni; że ich własne marzenia i plany, choć dzielone przez całą Rodzinę, należą jednak w większości do nich; że wreszcie ich charakter, osobowość i dusza, choć tak bardzo spleciona z naszą, swoim biegnie torem. Zaraz! - oburzy się ktoś z tych, których świat nazwałby dziś ludźmi starej daty – a gdzie obowiązek, poświęcenie, oddanie, słowem gdzie to, co obejmuje właściwie pojmowana miłość? Czy nie ona nadaje sens więzi, którą w tak złym świetle tu nam przedstawiasz? Zgodzę się na ten zarzut, z jednym jednak zastrzeżeniem: jeśli celem Rodziny jest, jak nas tradycyjnie I godnie uczono, nowe i pełniejsze życie, to prawem wolności człowieka musi ten cel być dozwolony każdej istocie ludzkiej. Rodzina więc, paradoksalnie, musi przejść przez samounicestwienie, by odrodzić się w nowej, pełniejszej postaci: dzieci odchodzą, by szukać własnych więzi, właśnie po to, by kiedyś powrócić z Rodziną już własną, ale przecież nie odrębna, bo połączoną mocą imienia, krwi i – daj Boże - miłości…

Przyjechali więc moi Rodzice. Podjąłem ich jak gości: posprzątałem dom i upiekłem ciasto (ciekawe swoją drogą, jak czuła się moja mama, widząc, że podążam w tej materii jej drogą). Miłe to było spotkanie i utęsknione.

środa, 16 lipca 2008

środa, 9 lipca

Na początku liczyłem cztery godziny dojeżdżania do pracy jako stracone. Myliłem się jednak niezmiernie! Weźmy na przykład poranek: droga na stację to 25 minut, czyli mniej więcej 4 dziesiątki różańca. 45 minut w pociągu zaś to wspaniały czas na poranną drzemkę – człowiek jest przecież zmęczony kiedy wstaje po krótkiej nocy (jeżeli wyjątkowo się wyśpię, to czytam wtedy książkę o fotografii). Popołudniu natomiast przychodzi czas na dzienną porcję wysiłku: bieg na stację metra to dopiero preludium do slalomu giganta, który każdego dnia przychodzi mi wykonywać między tłumami pędzącymi we wszystkie strony. Finał tego biegu to morderczy wbieg po trzech długich ruchomych schodach, gdzie grawitację pokonuje się podwójnie. Wreszcie meta – wolne miejsce na przedzie pociągu. Droga powrotna przebiega zwykle szybko – drzemka, książka o fotografii lub nauka alfabetu koreańskiego skutecznie wypełniają jej czas. Na koniec pozostaje odcinek specjalny – droga pod górkę ze stacji do domu. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do metra czy pociągu, transport działa punktualnie i niezawodnie – skrzyżowanie ze światłami I dwie stacje benzynowe w Egham są dla mnie niczym lokalny węzeł transportowy. Niezależnie od pory wieczoru (czy nocy) zawsze udało mi się poprosić kogoś o podwiezienie, nierzadko pod sam dom. Nie muszę dodawać, że to też okazja, żeby uciąć z kierowcą niezobowiązującą pogawędkę – może dla niego to tez miłe spotkanie. I tym sposobem cztery godziny stracone na dojeżdżanie zamieniły się w niecałe trzy godziny zyskane.

Czwartek, 10 lipca

W pracy zamieszanie: nie wiadomo dla kogo mam pracować! Ekipa z Citibanku chciałaby, żebym dalej pomagał im przy kwestionariuszach, ale już Roshni z innego działu domaga się o mnie. Stanęło na tym, że jutro będę poprawiał jakieś tabele dla niej. Później nowa szefowa powiedziała mi, że tabele trzeba poprawić ręcznie -przeliczyć średnią w odniesieniu do poprzedniego roku. To mówiąc, wskazała na wysoki na pół łokcia stos tabel dla 12 różnych krajów. Potakiwałem skrzętnie głową, zadawałem pytania, a w duchu miałem nadzieję, że jakoś mnie to ominie. Istotnie - okazało się, że Marion z Francji potrzebuje pomocy bo zalega z wysłaniem jakiś innych tabel do klienta - jutro więc pracuję ostatecznie z nią.

W czasie przerwy obiadowej poszedłem do punktu Foto, żeby zapytać o cenę zdjęć do wizy amerykańskiej. Cena: 15 funtów za 2 zdjęcia (i promocyjne 25 za 4) przekonała mnie co do tego, że znam się na fotografii cyfrowej i jej obróbce wystarczająco dobrze, żeby całe zdjęcie samemu i wywołać za funta następnego dnia.

Wieczorem w domu czekało mnie jeszcze sprzątanie. Jak to człowiek potrafi przez tydzień zarosnąć! Zlew pełen brudnych naczyń, cztery pary butów tańcząca radośnie w przedpokoju, artystyczny nieład w pokoju (kompozycja abstakcyjna “Gdzie kończy się szafa, a zaczyna podłoga?”) – wszystko to szybko znikało, bo przecież jutro przyjeżdżali Rodzice. Gdzieś przed północą pomyślałem jeszcze, że dobrze by było upiec ciasto. Wraz z Googlem zdecydowaliśmy się na ciasto bananowe.