poniedziałek, 28 lipca 2008

środa, 16 lipca

“Czy warto?” zastanawiałem się nieraz, wysiadając z pociągu na London Waterloo, kiedy mijałem plakat reklamujący musical “Lord of the Rings”. Nie byłem pewien, ile w nim musicalowej klasy porównywalnej z “Les Miserables” czy “Phantom of the Opera”, ile zaś komercyjnej oprawy stworzonej tylko na potrzeby oddania skomplikowanej przecież fabuły tolkienowskiego świata. W wyborze nie pomagały też recenzje, które wahały się od bardzo niepochlebnych do pełnych zachwytu rekomendacji. Podjąłem jednak wybór, kiedy okazało się, żę za kilka dni musical ten schodzi ze sceny.

Razem z Wan Yung, Pardis I Myra spoglądaliśmy na scene ze wspaniałych miejsc pierwszego rzędu Grand Circle, czyli pierwszego piętra (trafiła nam się dobra oferta dla grupy).

Do przerwy musiałem co chwilę napominać samogo siebie, by nie myśleć o filmie Petera Jacksona i nie porównywać go z przedstawieniem. Było to jednak nie do uniknęcia i, co gorsza, porównanie to wypadało zdecydowanie na korzyść filmu. Prawdą jest, że twórcy przedstawienia mieli 3, a nie 9 (jak reżyser) godzin na oddanie całości fabuły. To jednak w żadnen sposób nie usprawiedilwia gry aktorów, która miejscami sięgała poziomu szkolnego przedstawienia. Jeśli jedynym rozwiązaniem dla cześci aktorów na to, by być słyszalnym, jest krzyczenie niezależnie od sytuacji. Chwilami miałem nawet wrażenie, żę sam mógłbym to lepiej odegrać: szczególnie irytował mnie Gandalf, który zamiast wizerunku mędrca kreował sobie raczej wizerunek starego handlarza bez manier oraz Elrond, który nie miał sobie nic z gracji elfa, każdą kwestię obwieszczając podniesionym głosem, jak gdyby po każdym zdaniu oczekiwał oklasków. Brakowało tez nieco esencji musicalu, a więc piosenek – były ich może 3 czy 4. Z drugiej strony, poziom podnosiły zdecydownaie efekty specjalne: na szczególne uznanie zasługuje tu gra świateł i wykreowanie Balroga: kiedy we kłębach czerwonej mgły i ognistego światła pojawił się na scenie, całą widownie zakrył obłok dymu i unoszące się w powietrzu strzępy. Tak właśnie skończyła się część pierwsza, a wraz z nią mój ból oglądania tego przedstawienia.

Nie, nie wyszedłem. Przekonałem się, raz jeszcze, by oglądać to jako dzieło samo w sobie, bez odniesienia do kreacji wielkiego ekranu. Na szczęście Gandalf, jak pamiętamy z “Fellowship of the Ring”, znika na pewien czas z fabuły – podobnie znikł on ze sceny. Miejsce jego zajął Gollum. Był to dla mnie największy bodaj zwrot akcji: nie tylko trudno przecież odgrywać stworzenie, które na przemian czołga się, płaszczy, gwałtownie podskakuje i porusza się pokracznie; trudność potęguję, kiedy dodamy do tego rozdwojoną osobowość Golluma. Scena, w której hobbici Frodo i Sam śpią, w Gollumie zaś walczy dobro i zło, lojalność i żądza Pierścienia, była nieziemska. Kątem oka spojrzałem na widownię: każdy siedział zelektryzowany i wpatrzony jak zaklęty w niewielką szarą postać to padającą na ziemię, to znów powstającą – taka była potęga tej gry aktorskiej. Pamiętam ją wyraźnie nawet teraz, gdy pozostała część musicalu rozmyła się w tak zwane ogólne wrażenie.

Nie sam Gollum sprawił jednak, że wyszedłem z musicalu więcej niż zadowolony: duet Frodo i Sam pozwalał zapomnieć o niedociągnięciach innych postaci. Odgrywana przez nich tęsknota za domem, strach przez niepewną przeszłością i niezachwiana przyjaźń zdawały się emanować ze sceny na widownię. Gdzieniegdzie dało się nawet słyszeć ciche łzy.

Koniec, tak jak w filmie I książce, byl wielki i poruszajacy. Zdawało się, jak gdyby zarówno aktorzy, jak i światła i efekty specjalne czekały własnie na koniec po to, żeby zachwycić widzów. Istotnie, mimo wcześniejszego uprzedzenia wyszedłem z musicalu bardzo zadowolony. Moje zastrzeżenia wydaje się zaś tłumaczyć fakt, że przez ostatni miesiąc oprócz Froda, Sama i Golluma występowali aktorzy zastępczy, bo główna ząłoga zakończyła już kontrakt. Szkoda, bo moje wrażenie na pewno byłoby dużo lepsze. Ale melodia “Sit by the fire lights glow/ Tell us the old tale we know/ Tell of adventure strange and rare/ Never to change, always to share” pozostanie w mojej pamięci na długo…

piątek, 25 lipca 2008

Wtorek, 15 lipca

Co przychodzi Ci na myśl, kiedy słyszysz: 2 miesiące praktyk w biurze w Londynie? Mi długo kojarzyło się to z rutyną, więcej – liczyłem nawet na nią, żeby po ostatnich kilku miesiącach, które były szalone i niepoukładane ułozyc sie wreszcie i powrócić na poważnie do zadań, które sobie wyznaczyłem: komentowanie Pisma świętego, nauka hiszpańskiego, czytanie o ekonomii i douczanie się fotografii.

Wszystko to opierało się rzecz jasna na założeniu, że będę w Londynie sam – a mniej już nieco ciekawy miasta (dość dokładnie przyjrzałem mu się podczas praktyk w zesżłym roku) liczyłem na długie samotne wieczory.

Tak się jednak nie stało. Właściwie wakacje te (bo tak chyba należy ten czas nazwać) bardziej są zajęte niż niejeden dzień podczas mojego studenckiego roku. Nie zapowiada się tez, żebym naprawdę zakosztował gorzkiego smaku samotności: W niedzielę wyjechali rodzice, wczoraj wrócił Sasza, dziś zaś zaraz pop racy jedziemy na lotnisko odebrać Wan Yung I Pardis, które wracają ze Szwecji. Jutro ma się u nas pojawić Myra, ja znikam na weekend razem z moimi “skautami” , natomiast w międzyczasie z Egotpy wraca Victoria, która zostaje u nas do końca lipca, zanim ostatecznie rozstanie się z Europą. A ostatecznie rozstania są przecież zawsze czasochłonne. Sierpień zaś zapowiada się jeszcze pełniej…

Poniedziałek, 14 lipca

Po pracy spotkałem się z Jeffem, profesorem, któremu pomagałem w badaniach podczas roku akademickiego. Zapytałem go, czy na moim miejscy zmieniałby temat licencjatu (okazało się, że mój pierwszy wybór jednak się zwolnił). Okazało się, ż etym, co jest naprawdę istotne jest nie tyle sam temat, ale promotor, który jest znany lub rozpoznawany w kręgach akademickich. Zostaję więc przy tym co już mam. Jeff wiedział też już o moich dobrych wynikach w tym roku, szybko więc powrócił do tematu, który już kiedyś, przed kilkom,a miesiącami rozpoczął: “So, you’re going to do a PhD in the US?”. Szybko przystąpił do objaśniania mi szczegółów – test SAT, który każdy musi zdać i procedura, która następuje potem – pisanie podania i referencje, które mają ponoć kluczowe znaczenie. Pożyjemy, zobaczymy – pomyślałem. Ale wydrukowałem z internetu próbny SAT.

Niedziela, 13 lipca

Po raz kolejny uściskałem rodziców na pożegnanie na tej angielskiej ziemi. Rozstania I powroty to coś, co w naszej rodzinie zagościło już chyba na dobre. Prawdę powiedziawszy to zawsze tam było.

Pożegnawszy rodziców, powitałem się na powrót z lokalną parafią, w której ze względu na wyjazdy nie byłem już dobry miesiąc. Miło było zobaczyć znów znajomego księdza Vlada i śpiewy, którę, choć nie tak bliskie memu sercu co dominikańska oprawa liturgii, zakorzeniły się już we mnie na dobre. Pisałem niegdyś o tym, że piękny w kościele jest właśnie jego uniwersalizm i ponadnarodowość, zachwycałem się tym, że niezależnie od języka i kultury katolicy na całym świecie wierzą w tego samego Chrystusa. Ale dziś odczułem coś zgoła innego – że własnie język, w którym żyjemy, słowa, którymi opisujemy świat i nas samych ma szczególne znaczenie w widzeniu świata. Dlaczego? Może zabrzmi to cokolwiek dziwnie, ale kiedy usłyszałem z ust ojca Vlada nie “Body of Christ” lecz “Cialo Chrystusa”, poczułem się w szczególny sposób wzruszony.

Niespodzianka

Oto i ona:


środa, 23 lipca 2008

Sobota, 12 lipca

Sobota rano. Śniadanie z rodzicami i polski chleb. Czegóż chcieć więcej?...

W drodze do Londynu poprowadziłem rodziców przez uczelnię, żeby pokazać im niespodziankę, którą przez cały rok szykowałem (--> ..::Niespodzianka::..).

W Londynie byliśmy wczesnym popołudniem, więc na Covent Garden (zatłoczonym tradycyjnie przez turystów) zjedliśmy smaczny obiad rodem z Indii.


Godzinę później zaś kupowaliśmy koszulę wizytową na Oxford Street (wszystkim tym, którym nazwa tej ulicy przywodzi na myśl jedynie skojarzenie z produktami i cenami z najwyższej półki, muszę powiedzieć, że się mylą – podczas wyprzedaży trafić można na porządne rzeczy (głównie odzież) w cenach…niższych niż polskie: dla przykładu – elegancka koszula wizytowa (dostępne wszystkie kolory i wszystkie rozmiary) to 25 funtów, czyli ok. 100zł; mogę się mylić, ale w Polsce są one chyba droższe).


Wieczorem wypisałem razem z tatą wniosek o wizę do Stanów Zjednoczonych. To kolejny (mały) krok do mety maratonu w Nowym Yorku.

I tak minął krótki weekend z rodzicami. Smutne to, bo nasze wspólne weekendy w ciągu roku można by niemal policzyć na palcach. Z drugiej jednak strony, każdy z nich jest niemal jak święto i ma wartość nieporównywalnie większą niż “zwykły weekend”, który spędzaliśmy dawniej.

Piątek, 11 lipca

Kiedy dziś wieczorem wróciłem do Egham, nie byłem, jak zawsze, sam. Na progu słyszeć się dało nie jeden, lecz trzy różne głosy, nie samotne westchnienie w pustym pokoju, ale gwar rozmowy od dawna to niesłyszanej Miałem bowiem gości, bardzo szczególnych gości. Przyjechali moi Rodzice.

Zastanawia mnie to co sam tutaj piszę. Zwykle przecież Rodziców nie gości się, tak jak oni nie goszczą nas w naszym domu. Wspólnota rodzinna jest nierozdzielna, trudno więc traktować jak gościa-przybysza kogoś, kto nim tak naprawdę nie jest…ale jednak. Może teraz właśnie jest czas, kiedy tworzy się w dzieciach poczucie odrębności, poczucie, które powoli, lecz nieustępliwie przemawia do naszej duszy, że Rodzice, choć bliscy, są jednak kimś innym – że z całą swoją przeszłością i życiem, które tak jak i my prowadzą poza domem są niezależni; że ich własne marzenia i plany, choć dzielone przez całą Rodzinę, należą jednak w większości do nich; że wreszcie ich charakter, osobowość i dusza, choć tak bardzo spleciona z naszą, swoim biegnie torem. Zaraz! - oburzy się ktoś z tych, których świat nazwałby dziś ludźmi starej daty – a gdzie obowiązek, poświęcenie, oddanie, słowem gdzie to, co obejmuje właściwie pojmowana miłość? Czy nie ona nadaje sens więzi, którą w tak złym świetle tu nam przedstawiasz? Zgodzę się na ten zarzut, z jednym jednak zastrzeżeniem: jeśli celem Rodziny jest, jak nas tradycyjnie I godnie uczono, nowe i pełniejsze życie, to prawem wolności człowieka musi ten cel być dozwolony każdej istocie ludzkiej. Rodzina więc, paradoksalnie, musi przejść przez samounicestwienie, by odrodzić się w nowej, pełniejszej postaci: dzieci odchodzą, by szukać własnych więzi, właśnie po to, by kiedyś powrócić z Rodziną już własną, ale przecież nie odrębna, bo połączoną mocą imienia, krwi i – daj Boże - miłości…

Przyjechali więc moi Rodzice. Podjąłem ich jak gości: posprzątałem dom i upiekłem ciasto (ciekawe swoją drogą, jak czuła się moja mama, widząc, że podążam w tej materii jej drogą). Miłe to było spotkanie i utęsknione.