sobota, 9 sierpnia 2008

Sobota, 2 sierpnia

Obudziłem się o 14 i poszedłem biegać – najwyższy czas zacząć przygotowania do maratonu, zostało mi wszak nie więcej niż 90 dni! Towarzyszył mi dziś Kmicic, Zagłoba i Pan Wołodyjowski, wszyscy trzej wspaniale odgrywani przez Janusza Gajosa. Wróciły do mnie historie dzielnych żołnierzy i burzliwych losów Rzeczpospolitej, które, chociaż skąpane w przesadnym blasku Sienkiewiczowskiej narracji, i tak godne są pamięci.

Piątek, 1 sierpnia

Londyn i piątkowy wieczór – z czym Wam się to kojarzy? Impreza do rana, clubbing albo pub crawl w tym mieście, w którym zawiera się cały świat*. Ale nie tak ja spędziłem ten czas, nie tak. Bo oprócz kultury masowej w Londynie skupia się też kultura wysoka i to właśnie z niej postanowiliśmy skorzystać. Zaczęliśmy, Wan Yung, Pardis i ja, od obejrzenia na scenie Króla Lwa. Odnaleźliśmy w nim nie tylko piękne wspomnienie wzruszającej bajki, którą każdy z nas pamiętał z dzieciństwa, ale też niezwykły popis kreatywności i tańca, którym aktorzy oddawali zwierzęcą naturę odrywanych roli. Chwilami tak scena, jak i sala zamieniała się w afrykańską sawannę, przez którą kroczyły słonie, żyrafy i nosorożce, przemierzały ją skocznie antylopy, bezszelestnie skradała się puma, a nad całą gromadą unosiły się kolorowe ptaki.

Następny punkt programu to Król Lear w szekspirowskim teatrze The Globe. Przedstawienie było wyjątkowe, bo rozpoczynało się o północy. Niestety zmęczenie dało o sobie znać i mimo stojącego miejsca bardzo blisko sceny po godzinie zacząłem zasypiać. Może właśnie dlatego, przez kontrast, doskonale pamiętam moment, w którym obudził mnie przeraźliwy huk i wycie. Na wpół obłąkany Król Lear wraz z towarzyszami błąkali się po pustkowiu, zaś wokół nich szalała burza. Lear spotyka szalonego Toma, w którym odnajduje bratnią duszę w swoim szaleństwie. Dalszy ciąg każdy zna. Dla mnie była to lekcja, aby nigdy więcej nie iść na przedstawienie, które kończy się po północy – no chyba, ze dobrze się wyśpię.


To jeszcze nie koniec. Około 3, kiedy skończyła się sztuka, ruszyliśmy powolnym, śpiącym niemal krokiem (nie przypuszczałem wcześniej, że można iść i spać, teraz zaś miałem okazję się o tym przekonać) wzdłuż Tamizy. Chociaż ciemność nocy wciąż rozjaśniały światła Londynu, ulice były wyludnione i słychać było jedynie hałas przejeżdżających śmieciarek – świt to bowiem czas porządkowania Londynu przed kolejnym dniem.

Nasza droga wiodła na New Covent Garden market, gdzie co dzień odbywa się giełda kwiatowa. Okazało się, że 5.30 to za późno, by zobaczyć to miejsce w pełnej krasie – klienci już zniknęli, zaś sprzedawcy zwijali swoje stragany. Pardis przysiadła przy stole w barze i zasnęła, podczas gdy ja i Wan Yung chodziliśmy wśród kolorowych straganów.

O 7 byliśmy z powrotem w domu, w progu pożegnaliśmy się z wyjeżdżającymi już dziadkiem i babcią Pardis i w jednej sekundzie zasnęliśmy.



*Tak nazwał Londyn jego były burmistrz, Ken Livingstone: "The world in one city".

Czwartek, 31 lipca

Wieczorem, niczym magik, którego sława wyprzedza go o wiele dni, przybywa do miasta, by oczarować widownię czymś niezwykłym, spoza ram ich szarego życia, tak właśnie w naszym domu zagościła kuchnia irańska. Pozwolono mi, co uważam za niemały zaszczyt, wziąć udział w przygotowywaniu perskich dań. Mieszałem więc, pod czujnym okiem babci Pardis, ugotowane bakłażany (po irańsku: baadenjaan, czytamy: „bodemdżun”). Papka była żółtozielona i niewielu z tych, którzy zobaczyliby ją po raz pierwszy, nabrałoby na nią apetytu. Ja jednak miałem szczęście kosztować tę potrawę wcześniej, w domu Pardis w Coventry i wiedziałem, że nie należy zważać na formę dania, lecz na jego treść.

Po kilku minutach „madardżun” (bo tak po irańsku brzmi „babcia„ [dosłownie znaczy to szanowna mama]) dosypała dwie garście suszonej mięty i zapach unoszący się znad garnka zrobił się jeszcze bardziej kuszący. Ja wciąż mieszałem, Pardis zaś stała koło nas i cierpliwie tłumaczyła moje pytania odnośnie tego przepisu. Babcia zaś zaczęła rozrabiać jakąś białą substancję, na którą w europejskich językach nie znaleźliśmy odpowiednika (zdradzę Wam jednak w tajemnicy, że po irańsku nazywa się ona kashk i jest to skondensowana serwatka). Jest ona sekretem nie tylko tej jednej potrawy, ale całej kuchni Mazandaranu, to jest prowincji na północy Iranu, obejmującej południowe wybrzeże Morza Kaspijskiego, skąd wywodzi się rodzina Pardis. Babcia raz po raz spoglądała na moje mieszanie, po czym z pogodnym uśmiechem kiwała głową, jak gdyby mówiąc – tak dalej. Nie było zresztą tak, że nie znała angielskiego w ogóle, jednakże jeśli moje pytanie wymagało dłuższej odpowiedzi, mimowolnie zaczynała mówić po irańsku, ja zaś potakiwać i uśmiechać się do czasu, kiedy Pardis napominała ją, że mimo jej szczerych chęci ja nic nie rozumiem.

Moja rola skończyła się, bo kashk-e-baadenjaan było gotowe. Okazało się, że madardżun nie kończy gotować. Po kwadransie pojawiło się jeszcze „bedźbedź”, czyli kwaśna potrawa z mielonego mięsa oraz ryż z kminkiem. Zamknąłem oczy, zakosztowałem tych specjałów i przeniosłem się wyobraźnią do Iranu…

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Środa, 30 lipca

Nie wiem o nikim, kto by się tak żegnał, wiedząc, że żegna się na dobre. Zamiast wspólnych wspomnień bowiem, które zwykle wracają podczas rozstania, zajęci byliśmy czymś zgoła bardziej przyziemnym. Gwoli wstępu, Victoria przyjechała do Anglii na rok jako wymiana z University of Korea. Rok, podczas którego zgromadziła niewątpliwie wiele nowych znajomości, wspomnień...i rzeczy. Dzielnie spakowała wszystko do ogromnej torby podróżnej, mniejszej walizki i dużej torby na ramię. Dlaczego jednak o tym piszę? Każda linia lotnicza przyznaje limity bagażowe: Cathay Pacific Airlines zezwalało oficjalnie na 20kg bagażu głównego i 7kg w bagażu podręcznym. Wiem jednak, że pracownik lotniska też człowiek, więc wcześniej Victorii udało sie przewieźć 27kg. Mocując się z walizkę, byłem niemal pewien, że jest cięższa, nie wykluczałem jednak też, że to ja osłabłem przez ostatni miesiąc, kiedy oprócz szaleńczych biegów między metrem a pociągiem żadnego sportu nie uprawiałem. Waga na Heathrow udowodniła, że to ja mam rację...mieliśmy zatem 38,5kg w wielkiej torbie, 16kg w bagażu podręcznym i 90 minut, żeby coś z tym zrobić. Szczęśliwie zabrałem plecak na „kilka” rzeczy, które mogłyby się nie zmieścić. Po kilku próbach i desperackim przebieraniu wielki toboł wciąż ważył 31kg. Postanowiłem zastosować ostrzejsze środki. Wyłożyliśmy całą zawartość walizki i poradziłem Victorii, żeby pakowała tylko najbardziej niezbędne rzeczy. Podziałało – po 10 minutach walizka mieściła się juz w normie – 24kg. Radziłem też, by zrobiła jak ja niegdyś, gdy dowiedziałem się, że mój bagaż waży 6kg za dużo – mianowicie założyć kilka warstw na siebie. Założyła, nie ubrania jednak, ale 2 aparaty, ze wszystkimi filtrami na obiektywie (podobno przy kontroli zapytano ją, czy jest fotografem...). Zastanawiacie się pewnie, gdzie podziała się różnica? Mój plecak ledwie dał się zamknąć, wypełniony ciuchami, butami, pamiątkami – mógłbym z powodzeniem otworzyć mały kramik na rogu jakiejś ruchliwej ulicy.

Na liczeniu kilogramów i minut upłynęły nam ostatnie godziny, tak, że zdążyliśmy tylko powiedzieć sobie „Bye! Take care!” i...koniec.

Mogę mieć jednak nadzieję, że było to tylko "Goodbye!", nie zaś "Farewell". Przy pożegnaniu Victoria wręczyła mi sakiewkę zdobioną w koreańskie wzory, w niej zaś dwa Kwiaty Pustyni, niezmiernie rzadkie kamienie, które znalazł dla niej pośród piasków egipskiej pustyni beduiński chłopiec. Przyjąłem ten cenny podarunek, po czym wręczyłem jej jeden Kwiat z powrotem. Być może kiedyś znów się spotkają...

Wtorek, 29 lipca

Każda opowieść ma swój początek. Rozpoczynające zdanie czy otwierający akcent muzyczny, który pamięta się później przez lata. Któż z Was nie kojarzy finałowej kantaty IX symfonii Beethovena, znanej nam jako hymn zjednoczonej Europy lub znamiennego utworu, który rozpoczyna się słowami: „Litwo, ojczyzno moja…”; na sam ich dźwięk przecież słowa te i akordy stają w naszej pamięci jak żywe! O ileż więc bardziej prawdziwe jest to wobec ludzi! Wspomnienia ich twarzy żyją w naszej pamięci na długo po tym, kiedy się już rozstaliśmy – czasem nawet i na zawsze. Zamknięte w wąskiej przestrzeni czasu, który dane nam było razem spędzać, pozostają niezmienione w tych samych barwach sprzed lat, mimo że czas, jak rwąca rzeka, popłynął już hen, za odległy horyzont. Czyż nie wystarczy dwóch lub trzech ludzi, którym losy zbiegły się na ułamek wieczności, i jednej ich wspólnej opowieści z czasów okrytych już płaszczem przeszłości, aby historie te, zawarci w nich ludzie i emocje jak żywe stanęły przed oczyma nie samym tylko bohaterom, ale wszystkim bez reszty zasłuchanym w opowieść. Opowieść właśnie, ona niczym wehikuł czasu na moment cofa nas w przeszłość, raz jeszcze czyni młodymi i wlewa ogień w dogasające wspomnienia! Ta magia słów i urok chwili, gdy poprzez słowa żywa staje się pamięć, zawsze jednak musi mieć swój koniec. Koniec właśnie...Jakże różną może on przybierać formę! Czasem, nieśmiało jak ślimak schowa się na powrót do swego wnętrza, innym razem opadnie gwałtownie niczym kurtyna, kończąc piękny spektakl. Kiedy indziej jeszcze trwać będzie jak drzewo, którego nagie gałęzie, odarte na zimę z liści i koloru, trwają nieruchomo pod śniegiem, dając świadectwo minionego lata i nadzieję przyszłej wiosny – tak właśnie rozstaliśmy się z Victorią. Ostatni liść z drzewa opadł, kiedy w ów ciepły wieczór wracaliśmy z przedstawienia Szekspira w Regents Parku. Nie czuliśmy jeszcze wiatru, którzy wieszczył już rychłe rozstanie – za niecały dzień powiemy sobie „Goodbye! Farewell” i jedyne, co pozostanie, to konar, naga gałąź czekająca na wiosnę. Na wiosnę, która być może nigdy nie przyjdzie, a nam pozostanie spoglądać od czasu do czasu na zdjęcia i zaklinać je wspomnieniami, by nasze twarze z przeszłości choć na chwilę zajaśniały w naszej pamięci...

poniedziałek, 28 lipca 2008

Poniedziałek, 28 lipca

Polaków w Londynie spotkać można w najbardziej zaskakujących miejscach. Na przykład w punkcie fotograficznym, gdzie zaniosłem wywołany przeze mnie film, ażeby wywołać odbitki. I, „po starej znajomości”, zdjęcia nieekspresowe dostałem w trybie ekspresowym już po kilku godzinach.

Podczas przerwy obiadowej pojechałem po bilety – pociągi wewnątrz Londynu są szybsze i wygodniejsze niż metro!) – i w drodze powrotnej spotkałem panią, która okazała być się od wielu lat dziennikarką. Powiedziała, że najlepiej zacząć od pracy w lokalnej gazecie, a potem, mając już w CV staż dziennikarski, jest ponoć z górki. Zapytałem, jak nauczyć się dobrego stylu – pani z początku była niechętna, bo wszak pisanie właśnie było tym, co wypracowała przez lata i czym zarabiała na chleb. Ale po chwili już zaczęła opowiadać mi o strukturze piramidy, której należy się trzymać, zaczynając od skrótu najważniejszych informacji (bo większość czytelników tam właśnie kończy lekturę), stopniowo rozwijając treść, tak aby…tutaj kątem oka zauważyłem tablicę „London Bridge”. Krótka i dramatyczna walka między pokusą przygody a obowiązkiem rozegrała się w moim wnętrzu: „Zostać! Słuchać!” wołała ta mniej uporządkowana, lecz emocjonalna cząstka mojej duszy. „Nie. Nie wolno.”, krótko zakończyła rozmowę Obligatoris, toteż pożegnawszy się szybko, wysiadłem z pociągu. Czy słusznie – nie wiem, ale w pracy przez całe popołudnie siedziałem bezrobotny…

Wysłuchałem za to Manifestu Komunistycznego po angielsku. To doprawdy zadziwiające, jak wiele świetnych książek można znaleźć w nagranych w internecie przez czytających ochotników. Ciekawe, co powiedzieliby w firmie, gdyby wiedzieli, że w London City, jądrze europejskich finansów, słucham takich wywrotowych treści...

Wieczoram zaś długo rozmawialiśmy z Victorią – może ostatni raz.

Niedziela, 27 lipca

Londyn jest męczący. Rano zapełniają go biznesmeni, w południe turyści, popołudniu znów panowie w garniturach wracający z pracy, a na wieczór imprezowicze. Londyn jest też brudny – pod koniec dnia metro I pociągi przypominają śmietnik, bo ze względów bezpieczeństwa na stacjach nie ma koszy na śmieci. Londyn jest wreszcie zły: jakąż wagę ma moralność, dobro I zasady w mieście, w którym miesięcznie kilkudziesięciu ludzi ginie pod ciosami noża w rękach coraz to młodszych sprawców.

To wszystko jednak jest niejako tłem, z którego wyłaniają się dobre akcenty, tak jak z kupy gnoju wyrasta czasem piękny kwiat.

Takim kwiatem była moja niedziela. Zacząłem ją od jutrzni w katedrze Westminsteru – najważniejszym i najpiękniejszym katolickim kościele w Londynie. Chociaż nie tak bliska, jak liturgia godzin z braćmi dominikańskimi, gdzie rzędy zakonników odpowiadają sobie w melodyjnym dialogu-modlitwie brewiarzowej, tutejsze poranne nabożeństwo było równie piękne, z kantorem i chórem ministrantów, który wspomagał wiernych w śpiewie.

Szczyt religijnego uniesienia miał jednak dopiero nadejść. Rozpoczynała się bowiem, “High Mass”, czyli uroczysta Eucharystia niedzielna. Wraz z kilkoma kapłanami wkroczył tez orszak chórzystów, którzy zajęli miejsca w prezbiterium za ołtarzem. Rzut oka na ściągawkę z treścią mszy – wszystkie ważne modlitwy po łacinie! I śpiewy na wejście i komunię też! Wzięli sobie tutaj do serca postanowienia reformy soborowej – I to we właściwym sensie. Chwała im za to. Tymczasem chór intonuje już Credo. I oto w gregoriańskich nutach, podobnie jak i w anielskiej melodii rozpoznaję reminescencje wersji trydenckiej, znanej mi z mszy przedsoborowych! Mimo, że całość modlitwy była podzielona pomiędzy chór i wiernych, nie mogłem się powstrzymać od śpiewania przez cały czas.

Podczas komunii chór śpiewał łacińską pieśń, piękną tak w treści, jak i w swojej muzycznej oprawie.

Dokładnie w południe spotkaliśmy się z wujkiem Januszem, ciocią Ewą i Łukaszem na stacji przy Green Parku. Krótki spacer zawiódł nas do Hyde Parku, gdzie znajduje się Speaker’s Corner – jedno z moich ulubionych miejsc w Londynie, nie tak znane, jak Big Ben czy Westminster Abbey, a przecież równie “londyńskie”. Trafiliśmy w samą porę – po jednej stronie imam muzułmański perorował o “czystej” bigamii w Islamie, porównując ją do monogamii w zgniłym społeczeństwie zachodu. Obok natomiast kowboj z napisem “Jesus is alive” ciętym językiem i bystrymi ripostami dyskutował z tłumem z wysokiego szczebla swojej małej drabiny. Przeszkadzał mu, ale i dodawał kolorytu pijaczyna, który na wszystko zdawał się mieć swoją odpowiedź. “Popatrz” – powiedział wujek Janusz – “w Polsce płacisz 100zł za godzinę z angielskiego, a tu masz taki show za darmo…”. Staliśmy zasłuchani dobre pół godziny…

Nie udało mi się zaprosić gości do Red Fort, polecanej przez przewodnik indyjskiej restauracji w Soho. Nie udało się, bo nie potrafiliśmy, jak ktoś kiedyś przed wiekami, wejść mimo drzwi zamkniętych…miałem jednak plan awaryjny – sprawdzony indyjski lokal przy Covent Garden. Jeszcze jeden spacer wyostrzył nam apetyty i sprawił, że każde z różnych dań smakowało nam w równym stopniu. Wujek Janusz podbił serce kelnerki - pięknej młodej Hinduski, wołając do niej niczym rodzony Hindus „ciolo ciolo” i „dżal dżal”, czyli „prędzej” i „zmykaj” (czy jakoś tak…).

Jest jeszcze jedna rzecz, której ominięcie w to niedzielne popołudnie byłoby niepowetowaną stratą: Camden Market. To miejsce, które przyciąga w równym stopniu turystów, outsiderów i przedstawicieli tych wszystkich niezliczonych subkultur, których nie potrafię nawet nazwać. Kręcą się tam punki w kolorowych irokezach o kształtach tak fantazyjnych, jak najnowsze kreacje projektantów mody, odziani w czarne skóry ze srebrnymi ćwiekami, zobaczyć można ubranych na czarno gothów, którzy prowadzą swoje małe sklepiki z odzieżą. Tu i tam natkniesz się na wróżbitę czy przepowiadacza przyszłości, który z kart, ręki czy spojrzenia w oczy wyczyta Twój los. Wszystko to miesza się z kolorową różnorodnością ras, nacji i kuchni, które można tam napotkać. Co najciekawsze, nie czujesz się zagrożony nawet mimo tego, że z przydrożnego straganu spoglądają na ciebie oczy kupca, który sprzedaje m.in. „zdrowotne zioła”…z liściem marihuany na etykietce. Kto wie, czy nie tylko do zmroku…

Słońce było już nisko nad horyzontem, goście czuli zaś znużenie długiego dnia – ich podróż rozpoczęła się de facto o drugiej w nocy! Postanowiliśmy jeszcze przejść się przez jeden w ładniejszych fragmentów Londynu: rozpoczynając od Trafalgar Square, gdzie z wyniosłej kolumny spoglądał na nas admirał Nelson, przeszliśmy do nadbrzeża Tamizy przy budynkach Parlamentu i Big Bena oraz Westminster Abbey.

Sądziłem, że na tym skończą się warte opisania wydarzenia tej niedzieli. Jak zwykle było inaczej. Na Westminster Bridge uwagę moją przykuł wielki trójnóg, na nim zaś wielki Canon wycelowany w Tamizę i Parlament. „Czekamy na właściwe światło?” zapytałem niezobowiązująco. Miałem nadzieję, że uda się w ten sposób nawiązać dłuższą rozmowę z tym niewątpliwie profesjonalnym fotografem. „Nie wiem” – padła zaskakująca odpowiedź – „ja tu tylko siedzę i pilnuję”. Byłbym może odszedł na te słowa, ale spod kaptura wyłoniła się uśmiechnięta twarz Irlandczyka. Okazało się, że jest aktorem i nie raz odgrywał już Szekspira. Opowiadał mi o swoich ulubionych musicalach. Po kilku minutach zapytałem, jak on się czuje, ogrywając role, które nie odzwierciedlają jego prawdziwego charakteru, bohaterów, którymi sam nigdy by w życiu nie był. Istotnie, powiedział, dobre pytanie, zwłaszcza, że on bardzo lubi grać czarne charaktery. Rzeczywiście, dla kogoś, kto wciela się w rolę tak bardzo, że sam na chwilę staje się tym, kogo odgrywa, może to być problem. Tym bardziej, jeśli takich roli w krótkim czasie odgrywa się kilka. Irlandczyk wyznał, że dzwoni często do przyjaciół, rodziny, prosi, żeby mu opowiedzieli o nim samym, niejako przypomnieli kim jest. Powiedział też, że sytuacja jest zapewne inna dla kogoś, kto kończy przedstawienie wraz z oklaskami i opadnięciem kurtyny. W filmie bowiem aktor żyje ze swoim bohaterem miesiące, a nieraz i lata. I wtedy, wraz z zakończeniem produkcji, kończy się rozdział życia i trzeba się pogodzić z powrotem do rzeczywistości. I wtedy mogą zacząć się problemy.

Czy to jednak zbyt wysoka cena za to, by stać się kimś, kim życie nigdy nam być nie pozwoli? Czy może też jest to tylko ucieczka od tego, by stanąć twarzą twarz z własnym cieniem?