To był grudzień, pachniało już świętami. A mi coraz bardziej chodziła po głowie kwestia prezentów. Mimo, że główne zapasy poczyniłem już w listopadzie w Szkocji, wciąż pozostawało kilka drobiazgów do kupienia - takich, o których jeszcze nie wiemy, że chcemy je kupić...
Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.
Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.
We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.
Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!
Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.
Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).
Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...
Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...
*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...
wtorek, 27 listopada 2007
niedziela, 25 listopada 2007
Brecon Beacons
- Wyjeżdżamy o 7 rano, nie później.
- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.

Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.


Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.



Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.

Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.

Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.

- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.
Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.
Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.
Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.
Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.
Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.
Saszo parkuje
- Saszo! Wjedź na krawężnik! Bardziej! Nie zjeżdżaj jeszcze, bo znowu będziesz krzywo!
A Sasza co? Kiwa głową i robi swoje.

Dokładnie przed naszym domem zaczyna się zatoczka parkingowa. Najprościej byłoby najechać na krawężnik i po chwili zjechać z niego, ustawiając się idealnie równolegle i bez wystawania poza linię. Ale z jakiegoś powodu Sasza woli wjeżdżać z drogi. Nie żeby mi to przeszkadzało, tyle że potem tak pieści sprzęgło, że czasem aż pachnie. Co więcej, powtarza cofanie ze 3 razy, bo jak wszyscy kierowcy wiedzą, prawie niemożliwe jest w wąskim miejscu (kiedy stoi auto sąsiadów) zaparkować równolegle gdy wjeżdżamy przodem - tył będzie wystawał. I tak też się dzieje.
Teraz już tak nie jest. Być może posłuchał mojej rady, być może sam do tego doszedł. Dość, że auto stoi równo. I sprzęgło też ma się lepiej...
A Sasza co? Kiwa głową i robi swoje.
Dokładnie przed naszym domem zaczyna się zatoczka parkingowa. Najprościej byłoby najechać na krawężnik i po chwili zjechać z niego, ustawiając się idealnie równolegle i bez wystawania poza linię. Ale z jakiegoś powodu Sasza woli wjeżdżać z drogi. Nie żeby mi to przeszkadzało, tyle że potem tak pieści sprzęgło, że czasem aż pachnie. Co więcej, powtarza cofanie ze 3 razy, bo jak wszyscy kierowcy wiedzą, prawie niemożliwe jest w wąskim miejscu (kiedy stoi auto sąsiadów) zaparkować równolegle gdy wjeżdżamy przodem - tył będzie wystawał. I tak też się dzieje.
Teraz już tak nie jest. Być może posłuchał mojej rady, być może sam do tego doszedł. Dość, że auto stoi równo. I sprzęgło też ma się lepiej...
wtorek, 20 listopada 2007
Baśniowa kraina
Pamiętam, że miałem 7 lat kiedy po raz pierwszy przeczytałem o Narni. Świat, który skrywała stara szafa był tak niezwykły i baśniowy, że jego wspomnienie do teraz pozostaje w mojej wyobraźni. A wystarczyło tylko wejść do szafy...
Teraz ściskam w ręce bilet, na którym jest napisane "Manchester Stations-Glasgow Central". I drugi, "Glasgow Central-Manchester Stations". To była moja szafa, moje gwiezdne wrota, mój portal do baśniowej krainy, która została daleko na północy. Chociaż jechałem już na południe, moje wspomnienia zostały tam - w krainie nieobliczalnej pogody i widoków, które chwytają za serce.
Szkocja.
Ukryty klejnot północy, kraina pięknych wzgórz i jeszcze piękniejszych gór.
Baśń skrywająca się za murem Hadriana, gdzie wiatry, deszcze i chmury tworzą niepowtarzalne i niezapomniane spektakle.
Akradia wędrowców, gdzie każdy krok wart jest tysiąca zwykłych kroków, a każdy widok - niewypowiedziany.
Dane mi było na cztery dni uciec światu i żyć tą baśnią - przeżywać ją całym sobą i w pełni: uśmiechać do słońca, zżymać się podczas deszczu, stawiać czoła wichrom i drżeć w zimną noc. I wbrew wszystkim przeciwnościom, jakie nadarzyły się po drodze, wiedziałem że miałem się tu znaleźć. Wystarczyło spojrzeć w górę, żeby przekonać się, że niebo i słońce się ze mną zgadzały.
Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, chwilami czułem się jak intruz - śmiertelnik, który wkradł się do Olimpu i dyskretnie kosztuje ambrozji. Każda dolina, rzeka i wzgórze były jak zakazany owoc, jak iluzja - zbyt piękne, by były prawdziwe.
A jednak - byłem. Być może kiedyś wyda mi się, że te wspomnienia, przygody i ludzie, których tam spotkałem to tylko piękny sen, który wyśniłem sobie, zbyt będąc spragniony prawdziwej podróży. Być może - ale wtedy pozostanie jeszcze ślad w albumie: http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/WestHighlandWayWitajWWiecieBaNi
Teraz ściskam w ręce bilet, na którym jest napisane "Manchester Stations-Glasgow Central". I drugi, "Glasgow Central-Manchester Stations". To była moja szafa, moje gwiezdne wrota, mój portal do baśniowej krainy, która została daleko na północy. Chociaż jechałem już na południe, moje wspomnienia zostały tam - w krainie nieobliczalnej pogody i widoków, które chwytają za serce.
Szkocja.
Ukryty klejnot północy, kraina pięknych wzgórz i jeszcze piękniejszych gór.
Baśń skrywająca się za murem Hadriana, gdzie wiatry, deszcze i chmury tworzą niepowtarzalne i niezapomniane spektakle.
Akradia wędrowców, gdzie każdy krok wart jest tysiąca zwykłych kroków, a każdy widok - niewypowiedziany.
Dane mi było na cztery dni uciec światu i żyć tą baśnią - przeżywać ją całym sobą i w pełni: uśmiechać do słońca, zżymać się podczas deszczu, stawiać czoła wichrom i drżeć w zimną noc. I wbrew wszystkim przeciwnościom, jakie nadarzyły się po drodze, wiedziałem że miałem się tu znaleźć. Wystarczyło spojrzeć w górę, żeby przekonać się, że niebo i słońce się ze mną zgadzały.
Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, chwilami czułem się jak intruz - śmiertelnik, który wkradł się do Olimpu i dyskretnie kosztuje ambrozji. Każda dolina, rzeka i wzgórze były jak zakazany owoc, jak iluzja - zbyt piękne, by były prawdziwe.
A jednak - byłem. Być może kiedyś wyda mi się, że te wspomnienia, przygody i ludzie, których tam spotkałem to tylko piękny sen, który wyśniłem sobie, zbyt będąc spragniony prawdziwej podróży. Być może - ale wtedy pozostanie jeszcze ślad w albumie: http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/WestHighlandWayWitajWWiecieBaNi
poniedziałek, 19 listopada 2007
Peak District
- Wszystko mamy?
- Mamy.
- Czyli jedziemy?
- Jedziemy.
Tak więc pojechaliśmy. Jako awangarda. Ja i Sasza wyruszyliśmy do Peak District kilka godzin wcześniej niż reszta, żeby się zakwaterować. I może zrobić herbaty czy kawy tym, którzy przyjadą po nas.
Droga była długa, ale przyjemna. W sumie nie całą pamiętam, bo spałem. Ale spało się dobrze. Kupiłem Saszy po drodze Red Bulla w ramach podziękowania, bo zawsze chętnie wspomaga nasz klub swoim samochodem.
Kiedy zajechaliśmy do Peak District, było już ciemno. I był w tym niezwykły urok - na tle czarnego nocnego nieba delikatnie zarysowana była ciemna linia wzgórz, a ów nocny spektakl rozświetlały malutkie światła samochodów powoli wspinające się na okoliczne wzgórza.
Trafiliśmy w końcu, klucząc w ciemnościach po wąskich dróżkach wiodących do dolinki, gdzie znajdowało się nasze schronisko. Najpierw nie potrafiliśmy wejść do środka - podany kod nie działał. Ale pan z budynku obok pomógł nam swoim doświadczeniem - należało wcisnąć jeszcze jeden przycisk żeby zatwierdzić kod. Później, podczas wypakowywania okazało się, że Sasza nie ma kluczyków do samochodu. Straciły się gdzieś pomiędzy samochodem a wejściem. Panika. Tragedia. Przeczesaliśmy cały trawnik, potem wszystkie rzeczy - te wniesione i te jeszcze w bagażniku. Nielogiczne, tak, ale Sasza w tych sytuacjach nie myśli logicznie. Potem przyszedł inny pan z latarką, ale też nic nie znalazł. Po pół godzinie zjawiła się reszta grupy. Matt wziął swoją latarkę i jeszcze raz od początku wszystko przeszukaliśmy. Okazało się, że kluczyki wpadły pod siedzenie. Cóż, bywa.
Potem okazało się jeszcze, że w kuchni jest zegar, który czas mierzy inaczej, do tyłu. Czyli że kiedy jest późno, to jakby wcześnie.
2 dni wędrowania okazały się całkiem udane: w sobotę poranna angielska mgła poprzez tęczę przeszła w słoneczny dzień, w niedzielę słońce towarzyszyło nam podczas wędrówki piękną doliną, którą żłobił wąski strumyk. Jeden i drugi dzień był nieco męczący, ale na pewno warto było przejść te kilkanaście kilometrów. A już szczególnie wspiąć się skałkę na wzgórzu, by popatrzeć na zachodzące słońce, a potem zagłębić się w nocną zabłoconą czeluść wąwozu ukrytego w zboczu.
Jeśli chcecie zobaczyć, czy Wasze wyobrażenie odpowiada rzeczywistości, zapraszam:
http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/PeakDistrict3
- Mamy.
- Czyli jedziemy?
- Jedziemy.
Tak więc pojechaliśmy. Jako awangarda. Ja i Sasza wyruszyliśmy do Peak District kilka godzin wcześniej niż reszta, żeby się zakwaterować. I może zrobić herbaty czy kawy tym, którzy przyjadą po nas.
Droga była długa, ale przyjemna. W sumie nie całą pamiętam, bo spałem. Ale spało się dobrze. Kupiłem Saszy po drodze Red Bulla w ramach podziękowania, bo zawsze chętnie wspomaga nasz klub swoim samochodem.
Kiedy zajechaliśmy do Peak District, było już ciemno. I był w tym niezwykły urok - na tle czarnego nocnego nieba delikatnie zarysowana była ciemna linia wzgórz, a ów nocny spektakl rozświetlały malutkie światła samochodów powoli wspinające się na okoliczne wzgórza.
Trafiliśmy w końcu, klucząc w ciemnościach po wąskich dróżkach wiodących do dolinki, gdzie znajdowało się nasze schronisko. Najpierw nie potrafiliśmy wejść do środka - podany kod nie działał. Ale pan z budynku obok pomógł nam swoim doświadczeniem - należało wcisnąć jeszcze jeden przycisk żeby zatwierdzić kod. Później, podczas wypakowywania okazało się, że Sasza nie ma kluczyków do samochodu. Straciły się gdzieś pomiędzy samochodem a wejściem. Panika. Tragedia. Przeczesaliśmy cały trawnik, potem wszystkie rzeczy - te wniesione i te jeszcze w bagażniku. Nielogiczne, tak, ale Sasza w tych sytuacjach nie myśli logicznie. Potem przyszedł inny pan z latarką, ale też nic nie znalazł. Po pół godzinie zjawiła się reszta grupy. Matt wziął swoją latarkę i jeszcze raz od początku wszystko przeszukaliśmy. Okazało się, że kluczyki wpadły pod siedzenie. Cóż, bywa.
Potem okazało się jeszcze, że w kuchni jest zegar, który czas mierzy inaczej, do tyłu. Czyli że kiedy jest późno, to jakby wcześnie.
2 dni wędrowania okazały się całkiem udane: w sobotę poranna angielska mgła poprzez tęczę przeszła w słoneczny dzień, w niedzielę słońce towarzyszyło nam podczas wędrówki piękną doliną, którą żłobił wąski strumyk. Jeden i drugi dzień był nieco męczący, ale na pewno warto było przejść te kilkanaście kilometrów. A już szczególnie wspiąć się skałkę na wzgórzu, by popatrzeć na zachodzące słońce, a potem zagłębić się w nocną zabłoconą czeluść wąwozu ukrytego w zboczu.
Jeśli chcecie zobaczyć, czy Wasze wyobrażenie odpowiada rzeczywistości, zapraszam:
http://picasaweb.google.com/wojtek.szymczak/PeakDistrict3
Spacer
Któregoś wieczora, kiedy wracałem jak co tydzień z treningu, znów zapatrzyłem się w niebo. Wbrew temu, co możecie w tej chwili myśleć, kropla deszczu nie wpadła mi w oko. W oku zalśnił natomiast blask rozgwieżdżonego nieba. Jakby tego było mało, taki widok towarzyszył mi po zmroku już od kilku dni.
Pomyślałem więc o tym, jak tą pogodę wykorzystać - w końcu nie zdarza się tu często. I wpadłem na pomysł.
"Kto chce iść na spacer?" - zawołałem już od progu. W sumie tak dla formalności, bo wiedziałem jaki będzie odzew. Benedine już spała. Saszo grał na komputerze. Pardis odrabiała zadanie, schowana w swoim pokoju za kuchnią. Zatem spacer z Wan Yung - też dobrze, wiem przynajmniej, że jej też sprawia to przyjemność.
Miło było spacerować pod rozgwieżdżonym niebem w chłodny i rześki listopadowy wieczór. Miło było iść w milczeniu i słuchać Wan Yung, która niespodziewanie się rozśpiewała. Miło było wyobrazić sobie, że te musicalowe piosenki o miłości kiedyś ktoś zaśpiewa dla mnie z przekonaniem i sercem.
Ale nie tym razem Wojtku, na pewno nie tym razem.
Pomyślałem więc o tym, jak tą pogodę wykorzystać - w końcu nie zdarza się tu często. I wpadłem na pomysł.
"Kto chce iść na spacer?" - zawołałem już od progu. W sumie tak dla formalności, bo wiedziałem jaki będzie odzew. Benedine już spała. Saszo grał na komputerze. Pardis odrabiała zadanie, schowana w swoim pokoju za kuchnią. Zatem spacer z Wan Yung - też dobrze, wiem przynajmniej, że jej też sprawia to przyjemność.
Miło było spacerować pod rozgwieżdżonym niebem w chłodny i rześki listopadowy wieczór. Miło było iść w milczeniu i słuchać Wan Yung, która niespodziewanie się rozśpiewała. Miło było wyobrazić sobie, że te musicalowe piosenki o miłości kiedyś ktoś zaśpiewa dla mnie z przekonaniem i sercem.
Ale nie tym razem Wojtku, na pewno nie tym razem.
środa, 31 października 2007
Jeff
Jeff to mój były profesor i obecny pracodawca. Zatrudnia mnie jako Research Assistant, czyli pomocnika do badań. Co tydzień spotykamy się i Jeff zadaje trudne pytania, na które potem przez cały tydzień szukam odpowiedzi. Czemu na przykład nie mamy szczepionki na HIV? Albo: na ile program "Człowiek na Księżycu" doprowadził do powstania mikroprocesorów? Tydzień schodzi na szukaniu informacji, kolejny na przekuwaniu ich w artykuł. I to wszystko w ścisłym związku z ekonomią.
Ale nie o swojej pracy chciałem pisać, a o Jeffie właśnie. Na stronie wydziału, gdzie jest profil-dorobek naukowy profesorów, znalazłem informację, że promotorem Jeffa podczas jego studiów na Yale University był nie kto inny jak James Tobin. James Tobin natomiast w 1981 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii.
Wczoraj, bo spotykamy się co wtorek, wspomniałem zdanie Josepha (Józefa) Stiglitza na temat rynku szczepionek (bo to jest mój bieżący temat). Jeff odpowiedział, że Joe (Józio) dawniej, kiedy uczył go mikroekonomii, nie miał takich radykalnych poglądów i dopiero na starość się zrobił ortodoksyjny. Joseph Stiglitz to były prezes Banku Światowego i laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001.
Jeff to zabawny i sympatyczny starszy pan.
Ale nie o swojej pracy chciałem pisać, a o Jeffie właśnie. Na stronie wydziału, gdzie jest profil-dorobek naukowy profesorów, znalazłem informację, że promotorem Jeffa podczas jego studiów na Yale University był nie kto inny jak James Tobin. James Tobin natomiast w 1981 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii.
Wczoraj, bo spotykamy się co wtorek, wspomniałem zdanie Josepha (Józefa) Stiglitza na temat rynku szczepionek (bo to jest mój bieżący temat). Jeff odpowiedział, że Joe (Józio) dawniej, kiedy uczył go mikroekonomii, nie miał takich radykalnych poglądów i dopiero na starość się zrobił ortodoksyjny. Joseph Stiglitz to były prezes Banku Światowego i laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001.
Jeff to zabawny i sympatyczny starszy pan.
Subskrybuj:
Posty (Atom)