Tak się złożyło,, że tym razem leciałem do Londynu z przesiadką we Frankfurcie. Już na Ławicy spotkałem Krzysia Chałupkę z mat-fizu. On przez Niemcy leciał do Edynburga. Miło było porozmawiać i porównać koleje losów na obczyźnie.
We Frankfurcie czekałem już w poczekalni przed odlotem, gdy zachodzące słońce zniżyło się do okien przestronnej poczekalni. Niedługo później samolot odrywał się już od ziemi i mknął na północny zachód. Miałem szczęście siedzieć przy oknie i podziwiać nietypowy widok. Ponad morzem śnieżnobiałych chmur powoli malała złota kula. Spojrzałem w górę - chłodny błękit nieba ponad nami stopniowo zmieniał się w złoty poblask, by wreszcie przybrać postać czerwonej łuny tuż ponad chmurami. Zachody słońca trwają zwykle szybko - wszak wszystko co piękne jest, przemija. Tym razem jednak zdało się być inaczej. Niczym Słońce wstrzymane modlitwą króla frankońskiego Karola, gdy ten wyruszał z armią w pościg za Maurami, którzy podstępnie zaatakowali i pokonali jego tylną straż i umiłowanego wasala - rycerza Rolanda, tak i nasza łuna zdawała się jaśnieć blaskiem niesłabnącym, podtrzymywanym jak gdyby Boską mocą.
Było już ciemno, kiedy dolecieliśmy do Heathrow z kwadransem opóźnienia. Wyjątkowo nie musiałem martwić się o długą podróż - z przystanku nieopodal odjeżdżał autobus, który zatrzymuje się niemal na progu mojego domu.
Nikt nie przewidział, że w niedzielę angielskie autobusy kończą kursować o 18.10. O 10 minut za wcześnie.
Ale nie byłem jedynym zdradzonym przez angielską komunikację. Jakaś studentka z Japonii też nie zdążyła, więc podróż powrotna upłynęła szybko i przyjemnie.
sobota, 12 stycznia 2008
piątek, 11 stycznia 2008
Snowdonia
O Snowdonio,
klejnocie Korony, która nad ubogą górujesz Walią! Twe piękno nad inne góry Anglii, gdy oczom naszym objawiasz się w groźnym majestacie, w płaszcz śniegu i skał ubrana. Daj, byśmy, którzy się tu zapuścili, wrócili bezpiecznie do domów, by chwalić twe piękno i wyśpiewać dzięki. Przebacz, żeśmy w śmiałości swej zdobyć chcieli szczyty i groźną twą naturę poskromić. Urok twój zaś niechaj trwa po wsze czasy w każdym, który cię odwiedził.






klejnocie Korony, która nad ubogą górujesz Walią! Twe piękno nad inne góry Anglii, gdy oczom naszym objawiasz się w groźnym majestacie, w płaszcz śniegu i skał ubrana. Daj, byśmy, którzy się tu zapuścili, wrócili bezpiecznie do domów, by chwalić twe piękno i wyśpiewać dzięki. Przebacz, żeśmy w śmiałości swej zdobyć chcieli szczyty i groźną twą naturę poskromić. Urok twój zaś niechaj trwa po wsze czasy w każdym, który cię odwiedził.
wtorek, 4 grudnia 2007
SIFE
Students in Free Enterprise. Tak jak i Wam, mnie też owa nazwa nic nie mówi. Nie to jest jednak istotne. Pod skrzydłami tej organizacji zaczynamy bowiem projekt, który ma na celu nauczanie młodzieży o zaletach oszczędzania i inwestowania, głównie poprzez giełdę. Mamy im przybliżyć podstawy giełdy i funduszy oraz zachęcić do tego, żeby dalej sami rozwijali tę wiedzę. Ponadto będą mogli się sprawdzać, grając na wirtualnym koncie giełdowym. Jedna szkoła będzie mogła też konkurować z drugą w oparciu o wyniki giełdowe.
Pomysł fajny, ale z wykonaniem trudniej. Jest nas szóstka, ale tylko ja i Sheldon studiujemy ekonomię. Dwie dziewczyny zaczynają zarządzanie, a Francesco i Paul to odpowiednio historia i anglistyka. Ktoś zapyta: co oni tam robią? Jak sami twierdzą, szybko się nauczą, żeby potem móc przekazywać tę wiedzę dalej. Moje ekonomiczne szkiełko mówi mi, że nie bardzo to widzi. Ostatnie spotkanie, na którym pojawiły się tylko 3 osoby oraz fakt, że zaczynam dostawać obowiązki, które ktoś inny miał wykonać przed świętami zdają się to potwierdzać. Ale przecież w pracy grupowej było tak od zawsze...
Pomysł fajny, ale z wykonaniem trudniej. Jest nas szóstka, ale tylko ja i Sheldon studiujemy ekonomię. Dwie dziewczyny zaczynają zarządzanie, a Francesco i Paul to odpowiednio historia i anglistyka. Ktoś zapyta: co oni tam robią? Jak sami twierdzą, szybko się nauczą, żeby potem móc przekazywać tę wiedzę dalej. Moje ekonomiczne szkiełko mówi mi, że nie bardzo to widzi. Ostatnie spotkanie, na którym pojawiły się tylko 3 osoby oraz fakt, że zaczynam dostawać obowiązki, które ktoś inny miał wykonać przed świętami zdają się to potwierdzać. Ale przecież w pracy grupowej było tak od zawsze...
poniedziałek, 3 grudnia 2007
Christmas dinner
Menu:
Przystawka:
- krewetki na zimno w śmietanie
Danie główne:
- pieczeń z kurczaka w sosie żurawinowym
- zapiekanka z brokułów
- 'pigs in blankets'
Deser:
- kruszon śliwkowy z lodami waniliowymi
- świąteczne mince pies ze śmietaną brandy
Wdzięczność dla koleżanki-gospodyni za zaproszenie nas na angielską wigilię przy pięknie przystrojonej choince i świątecznie udekorowanym stole - bezcenna.
Przystawka:
- krewetki na zimno w śmietanie
Danie główne:
- pieczeń z kurczaka w sosie żurawinowym
- zapiekanka z brokułów
- 'pigs in blankets'
Deser:
- kruszon śliwkowy z lodami waniliowymi
- świąteczne mince pies ze śmietaną brandy
Wdzięczność dla koleżanki-gospodyni za zaproszenie nas na angielską wigilię przy pięknie przystrojonej choince i świątecznie udekorowanym stole - bezcenna.
Andrzejki
Staropolską tradycją 31 listopada odbyły się Andrzejki. Zaproszony byłem do Kaji, gdzie wraz z Martą i kilkoma innymi osobami bawić się w ów wieczór mieliśmy. Żeby nie przybywać z pustymi rękami, zużyłem resztki polskiej paczki i upiekłem bułeczki z żurawiną.
Owego pamiętnego wieczoru wszystko jakby wskazywało na nadchodzące wydarzenia. Niespokojne niebo zasnuło się chmurami, wściekły deszcz uderzał w szyby, a wiatr szumiał złowieszczo między dachami. W złotawej ciszy świec i świątecznym blasku muzyki siedzieliśmy i dumaliśmy nad tajemniczymi figurami z wosku. Po ścianie przemykały się najróżniejsze stwory, zmieniając swe oblicza w raz to anielskie, raz znów diabelskie wizje. Czaszki, słonie, morskie potwory - wszystko to w czarno-białej sztuce wosku i naszej wyobraźni się tworzyło - rodziło i umierało.
Świeczki zaś dalej paliły się równo. Kilkanaście płomyków stłoczonych na środku stołu dawało jasną poświatę ognia, malując twarze tajemniczym blaskiem i cieniem.
Wtem spośród innych w górę jeden ognik się był wybił, z połączenia kilku powstawszy. Oto płonie coraz wyżej, nad swych towarzyszy się wznosząc.
Ktoś rzucił, żeby świeczki rozłączyć, a płomyk rosnący zlikwidować. Tak się jednak nie stało. Czy to wewnętrzna ognia siła, czy też magia tej prastarej nocy - dość, że płomień, miast zmaleć, przemienił się w płonące wysoko koło.
Krzyk, pisk, tumult! Oto spokój wieczoru przerodził się w zamęt. Zabrzmiało rozpaczliwe "Zgaście!" , a jedna z dziewczyn chwyciła garnek z wodą i wylała na ogień.
Stoję i patrzę jak urzeczony. Człowiek w swoich dziejach zawsze fascynował się ogniem, a w fascynacji tej zawsze ciekawość zmieszana była z czcią i lękiem. Odkąd pierwszy raz nauczył sie przyzywać płomień poprzez garść suchej trawy, suche drewno czy wykrzesaną iskrę, odmieniło się całe jego życie. Dziś żyjemy w przytulnym cieple miast, gdzie zimno zwalczane jest przez ogrzewanie, prąd zaś jest dla nas niczym powietrze. Każdy jednak, kto choć raz usiadł przy ognisku z dala od cywilizacji, wie jak bezcenne jest ciepło ognia, jaką nadzieję jego światło przynosi.
Stoję więc i podziwiam pierwotne piękno tego żywiołu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to demon przybył z piekielnych otchłani, rozbłyskując w owym płomieniu. Inny zaś, bardziej ku niebu myśli swoje wznosząc, upatrywałby w tym łaski Boga Jahwe, gdyż tak jak i tam rozbłysła tu jego moc. Mi jednak wystarczył czysty zachwyt - nie co dzień przecież ogląda się wysoki do samej powały słup ognia.
Sekundy trwały niczym dni - przez te kilka bezcennych sekund staliśmy nieruchomo, urzeczeni i bezradni zarazem. Ogień zaś płonął, syczał i skwierczał, okazując swą groźną potęgę.
Stół był drewniany. Zaczernił się, jak każde palenisko. Ogień zaś zgasł, zduszony bezlitośnie rozumem i mądrością człowieka.
Owego pamiętnego wieczoru wszystko jakby wskazywało na nadchodzące wydarzenia. Niespokojne niebo zasnuło się chmurami, wściekły deszcz uderzał w szyby, a wiatr szumiał złowieszczo między dachami. W złotawej ciszy świec i świątecznym blasku muzyki siedzieliśmy i dumaliśmy nad tajemniczymi figurami z wosku. Po ścianie przemykały się najróżniejsze stwory, zmieniając swe oblicza w raz to anielskie, raz znów diabelskie wizje. Czaszki, słonie, morskie potwory - wszystko to w czarno-białej sztuce wosku i naszej wyobraźni się tworzyło - rodziło i umierało.
Świeczki zaś dalej paliły się równo. Kilkanaście płomyków stłoczonych na środku stołu dawało jasną poświatę ognia, malując twarze tajemniczym blaskiem i cieniem.
Wtem spośród innych w górę jeden ognik się był wybił, z połączenia kilku powstawszy. Oto płonie coraz wyżej, nad swych towarzyszy się wznosząc.
Ktoś rzucił, żeby świeczki rozłączyć, a płomyk rosnący zlikwidować. Tak się jednak nie stało. Czy to wewnętrzna ognia siła, czy też magia tej prastarej nocy - dość, że płomień, miast zmaleć, przemienił się w płonące wysoko koło.
Krzyk, pisk, tumult! Oto spokój wieczoru przerodził się w zamęt. Zabrzmiało rozpaczliwe "Zgaście!" , a jedna z dziewczyn chwyciła garnek z wodą i wylała na ogień.
Stoję i patrzę jak urzeczony. Człowiek w swoich dziejach zawsze fascynował się ogniem, a w fascynacji tej zawsze ciekawość zmieszana była z czcią i lękiem. Odkąd pierwszy raz nauczył sie przyzywać płomień poprzez garść suchej trawy, suche drewno czy wykrzesaną iskrę, odmieniło się całe jego życie. Dziś żyjemy w przytulnym cieple miast, gdzie zimno zwalczane jest przez ogrzewanie, prąd zaś jest dla nas niczym powietrze. Każdy jednak, kto choć raz usiadł przy ognisku z dala od cywilizacji, wie jak bezcenne jest ciepło ognia, jaką nadzieję jego światło przynosi.
Stoję więc i podziwiam pierwotne piękno tego żywiołu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to demon przybył z piekielnych otchłani, rozbłyskując w owym płomieniu. Inny zaś, bardziej ku niebu myśli swoje wznosząc, upatrywałby w tym łaski Boga Jahwe, gdyż tak jak i tam rozbłysła tu jego moc. Mi jednak wystarczył czysty zachwyt - nie co dzień przecież ogląda się wysoki do samej powały słup ognia.
Sekundy trwały niczym dni - przez te kilka bezcennych sekund staliśmy nieruchomo, urzeczeni i bezradni zarazem. Ogień zaś płonął, syczał i skwierczał, okazując swą groźną potęgę.
Stół był drewniany. Zaczernił się, jak każde palenisko. Ogień zaś zgasł, zduszony bezlitośnie rozumem i mądrością człowieka.
wtorek, 27 listopada 2007
Christmas shopping on Oxford Street
To był grudzień, pachniało już świętami. A mi coraz bardziej chodziła po głowie kwestia prezentów. Mimo, że główne zapasy poczyniłem już w listopadzie w Szkocji, wciąż pozostawało kilka drobiazgów do kupienia - takich, o których jeszcze nie wiemy, że chcemy je kupić...
Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.
Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.
We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.
Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!
Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.
Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).
Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...
Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...
*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...
Nie łudziłem się że spadną mi z nieba. Nie łudziłem się też (w tym większą bym się jeszcze naiwnością wykazał), że dostanę je w Egham. Nie pozostawało zatem nic innego, jak poświęcić któreś popołudnie na wyprawę po gwiazdkowe runo do stolicy Europ...pępka świata, ma się rozumieć.
Dni mijały, a "właściwy dzień" nie nadchodził. Nie przeszkadzało mi to o tyle, że właściwie zapomniałem o całej sprawie, zagłębiony w gąszczu innych problemów.
We wtorek przed Andrzejkami przypadkiem spotkałem Kaję. Jak zwykle zamieniliśmy tylko kilka słów, bo mnie czekał wykład, a ona wybierała się do Londynu - tym razem nie tylko na wieczorną próbę Orkiestry Symfonicznej Uniwersytetu Londyńskiego, ale też na - tak właśnie - Christmas shopping.
Kto mnie zna, ten wie, że nie musiała mnie Kaja długo przekonywać. Wykład z mikroekonomii wydał się nagle jeszcze nudniejszy, a sprawy do załatwienia dziwnie odległe. Swoją drogą wydaje mi się niezwykłe, jak bardzo człowiek potrafi "zakombinować", jeśli tylko mu na tym zależy (może to domena Polaków?): to przełożę, tamto zrobię jutro, jeszcze inne poczeka, owo nie jest pilne...a tymczasem ja już pędzę na stację!
Dopiero po wyjściu z pociągu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej: najbardziej oczywisty wybór - Oxford Steet - zniechęcał nieco tłumem i cenami. Ale okazało się, że ani my, ani kilku przypadkowo napotkanych Anglików nie potrafi wskazać żadnego innego sensownego miejsca na świąteczne zakupy. A ceny ponoć takie same w całym Londynie.
Szybki wybór jedynej opcji i już przekraczaliśmy Regents Street, rozglądając się w obie strony i wypartując sklepów z angebotami. Zawiódłby się ten, kto oczekiwałby świątecznej atmosfery wylewającej się drzwiami i oknami, płynącej z każdych zapraszająco otwartych drzwi. Trochę dekoracji i gdzieniegdzie jakaś choinka to zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem. Ale tłum też mniejszy niż przypuszczaliśmy (dało się iść względnie swobodnie z zachowaniem podwyższonej ostrożności...).
Kaji udało się upolować płytę - mi również, choć po długich poszukiwaniach. Nie kupiliśmy wiele, ale rzucenie okiem tu i tam podsunęło kilka pomysłów. Teraz trzeba tylko wyszukać dobrą ofertę na Amazon...
Na koniec poszliśmy do Stanford - mojej ulubionej księgarni, nie tylko w Londynie, ale na całym świecie - 3 piętra zapełnione mapami, książkami podróżniczymi i przewodnikami. Pokazałem Kaji dokąd wybieramy się na najbliższe 2 wycieczki. Przy wyjściu okazało się, że trwa przyjęcie - przyjechał jakiś ważny redaktor. Ale mince pies i kieliszek wina były na wyciągnięcie ręki - potem okazało się, że są tylko dla czytelników owego magazynu, ale przecież potencjalnie byliśmy potencjalnymi czytelnikami...
*przez to wszystko spóźniłem się kwadrans na spotkanie Bootsów. I, co więcej, ominęło mnie spotkanie z absolwentem, który na rok pojechał do Wenezueli i teraz przyjechał reklamować swoją firmę organizującą podróże - wszystko okraszone zdjęciami i niezwykłymi opowieściami. Już zaczynałem gorzko żałować zakupów, kiedy ów podróżnik pojawił się znikąd (czytaj: nadszedł z prawej strony). Zgodnie z iberyjską filozofią "mańana" miał dużo czasu, więc całość powtórzył dla naszego małego grona. Nie ma tego złego...
niedziela, 25 listopada 2007
Brecon Beacons
- Wyjeżdżamy o 7 rano, nie później.
- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.

Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.


Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.



Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.

Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.

Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.

- Czemu tak wcześnie?...może chociaż godzinę później?
- Nie. Inaczej to wszystko się mija z celem. Ale niech będzie 7.30.
- Dobrze, będę gotowa.
Patricia nie jest z tych, którym trzeba dwa razy przypominać. Ruszyliśmy o czasie, zaś Saszo jechał jak "w Bułgarii" (choć czasem zjeżdżał na pobocze tylko po to, żeby przepuścić ciężarówkę, za którą potem musieliśmy się wlec). Po niecałych pięciu godzinach jazdy stanęliśmy u podnóża słynnego walijskiego masywu Gór Czarnych. Górskie grzbiety niczym palce mitycznych gigantów wyrastały w naszą stronę, a między każdym płynęła wąska wstęga strumienia. Gdzieś ponad nami, w blasku południowego słońca wyczekiwał nas Pen-y-Fan, w walijskiej mowie: Głowa Miejsca.
Początkowo ścieżka wiodła nas skrytą w półcieniu doliną, wstępując powoli na łagodny masyw. Po godzinie dolina została już pod nami, zaś powitało nas słońce i jego przyjaciel, czyste niebo. Pnąc się grzbietem coraz wyżej pośród wyschniętych traw i wrzosów, podziwialiśmy uformowane przez lodowiec kształty dolin i szczytów - mieszkańców, którzy pojawili się tu na długo przed nami.
Po kolejnym garbie ukazała nam się się właściwa dolina i szczyt Gór Czarnych. Chociaż słońce wciąż rozjaśniało okolicę blaskiem, podejście pod szczyt skryte było w cieniu. Gdy znaleźliśmy się bliżej, okazało się, że prócz cienia trawę pokrywa też szron.
Wreszcie szczyt - płaski jak stół płaskowyż z kopcem, na którym usiadł utrudzony wędrówką Saszo.
Ja zaś stanąłem przy krawędzi, która opadała pionową ścianą w ocienioną północną dolinę. Gdy spojrzałem w dół, w twarz uderzył mi lodowaty wiatr - wiatr wstępujący, jak to zwykle w górach ma miejsce, gdy jedna część góry jest bardziej osłoneczniona niż druga.
Jak nigdzie indziej mogłem rozkoszować się pięknym przykładem górskiej rzeźby polodowcowej: kocioł lodowcowy, łożysko moreny, U-kształtne, wyszlifowane ściany doliny którą spływał lód - nagle lodowcowa historia jak żywa stanęła mi przed oczyma.
Rozrzucone na wschód i zachód szczyty i granie układały równo w jednym ciągu. Gdzieś w oddali majaczyło jezioro - tam chyba jednak nie dojdziemy. Powoli czas wracać. Szkoda, bo naprawdę tu pięknie. A byliśmy tu zaledwie cztery godziny...dość, by zauroczyć się pięknem walijskich Gór Czarnych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)