poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Sobota, 9 sierpnia

Nie jadę – zdecydowalem poprzedniego wieczora. Trzeba czasem chwilę odetchnąć (tzn zrobić różne ważne rzeczy odkładane z dnia na dzień). Tak też zamiast zwiedzać Londyn zostałem w domu. I słusznie, bo padało z przerwami przez cały dzień.

Udało mi się natomiast uzupełnić posty na blogu (już prawie wszystkie są na swoich miejscach), skończyć książkę o fotografii krajobrazów, pójść do spowiedzi i na wieczorną mszę oraz zrobić kilka innych rzeczy, które choć mało ważne, są jednak niezbędne (np. zjeść obiad i wymienić wodę kwiatkom).

sobota, 9 sierpnia 2008

Sen

Zwykle opisuję wieczory lub noce. Dziś jednak będzie inaczej – wyjątkowy był bowiem poranek, jego pierwszy moment, tak jak wyjątkowy jest najpierwszy promień słońca, który jako posłaniec jutrzenki wybiega naprzód, niosąc radosną wieść o zbliżającym się dniu. W tej pierwszej chwili bowiem trwał we mnie jeszcze ów obraz, fragment opowieści prostej ale ważnej, która ujęła mnie na tyle, że pamiętałem ją jeszcze na tym świecie. Była to bowiem opowieść ze świata snów.

Jeśli to, co piszę poniżej, nie będzie miało sensu, wybaczcie mi, bo przecież nie raz tak się zdarza, że autor tylko widzi w swoim tworze cokolwiek godnego uwagi. Być może jednak okaże się, że cicha senna opowieść zanotowana na wpół śpiąco na skrawku papieru będzie miała sens także i dla Was.

…ludzie przesuwają się przede mną niczym nieustanna fala…kolorowe suknie, czarne garnitury, pary, grupy, słowem – gromada wielka ludzi, którzy coś do siebie mówią, witają się, rozmawiają, uśmiechają – wszystko to widzę z bliska, ale jakby zza szyby, która tłumi wszelkie odgłosy; jak gdybym był niewidzialnym duchem, który w sekrecie nawiedził to zgromadzenie. Wtem z obcej grupy wyłania się postać znajoma, niska. Nie zbliża się, ale pojawia tuż koło mnie, jak gdyby znanym tylko sobie sposobem przedarła się przez tę barierę, która oddzielała mnie od tamtej strony. Widzę wszystkie postacie nieostro, ich kolory są jakby odległe, wyblakłe. Mała postać koło mnie jest jednak bardziej prawdziwa, realna, jej sylwetka zaś wyraźna. Stoi tuż obok i patrzy na mnie, jak gdyby na coś czekał – być może na chwilę, w której go rozpoznam. „Łukasz” – przemknęło mi jak błyskawica przez myśl, dając też zaraz odpowiedź na pytanie o to, gdzie jestem. Spojrzałem raz jeszcze na ludzi wokół i obraz w jednej chwili wyostrzył się, ukazując mi twarze bliskich i znajomych: ciocia Ewa, wujek Janusz, Kasia i Filip, wujek Grzesiu, Jorg i inni, których dobrze przecież znamy. Także sam Łukasz – teraz dopiero zauważyłem – wyróżniał się strojem, wciąż stojąc i patrząc na mnie ubrany w garnitur z białą koszulą i elegancką czarną muszką. Wesele – pomyślałem – nie może inaczej być! Wtedy Łukasz podszedł do mnie i przytulił mnie, jak dawniej kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze młodzi (więc to chyba dosyć stary sen, bo ostatnimi czasy się to nie zdarza…). Zapytał przy tym, dlaczego nie dołączę do wszystkich, zapytam o ich sprawy, okażę zainteresowanie ich życiem a wreszcie pobędę po prostu w ich towarzystwie. Słowa te wydały mi się niezwykle mądre i gorzkie zarazem, bo jaśniało w nim boleśnie ziarno prawdy: nie najlepiej idzie mi troska o sprawy bliskich...

Tym autopouczającym morałem chcę zakończyć tą opowieść, by miała ona kształt i sens. By zaspokoić Waszą ciekawość powiem jednak, że nie był to koniec snu, gdyż ( i proszę mnie nie pytać dlaczego…) po chwili Łukasz wyjawił, że wypadałoby mi zainteresować się najważniejszymi sprawami, którymi wszyscy tutaj zgromadzeni przejmują się i żyją na co dzień – np. seksaferą czy kłótniami rządowymi…

Piątek, 8 sierpnia

Dzień zacząłem od pośpiesznej notatki na kartce (--> ..::Sen::..), którą ledwo mogłem później rozczytać, bo pisałem chyba jeszcze na śpiąco.

W pracy zaraz z rana zadzwoniliśmy z Edem do Skandynawskiej agencji Norstatt, która zajmuje się badaniami terenowymi w tym rejonie. Podczas konferencji telefoniczne już uzgodniliśmy terminy, a ja zostałem przedstawiony jako następca Eda i przyszły nowy kontakt ze strony brytyjskiej firmy. Później sprawdzaliśmy jeszcze ostateczne wersje kwestionariuszy, by wysłać je do agencji jako gotowe do badania terenowego. Przejęcie obowiązków zostało dokonane – pisałem już maile do klientów i szukałem rozwiązań na pojawiające się nieliczne problemy. Niewiele to zapewne, ale lepsze niż sprawdzanie jedynie, czy cyferki w obu dokumentach są identyczne.

Ed kończył dziś pracę w Research International (był tu kilka miesięcy) i w poniedziałek wyjeżdża na 30 dni do Francji uczyć się hiszpańskiego i przygotowywać się do swojej wielkie podróży. Wraz z dziewczyną jadą na 6 tygodni do Ameryki Południowej, by przemierzyć Ekwador, Peru, Boliwię i zakończyć podróż w Rio de Janeiro. Wszyscy mu dziś zazdrościli, ze ma przed sobą perspektywę tak niezwykłych 2 miesięcy.

Od grupy Ed dostał szampana, ja zaś zebrałem dla niego krótki przewodnik o tym, jak robić troszkę lepsze zdjęcia. Każdy, kto chciałby się z tym zapoznać, może ściągnąć to z : http://docs.google.com/?tab=mo&pli=1#folders/folder.0.7bd6dbd1-30d7-4c67-8421-60470c4ce380. Bardzo się ucieszył z tego prezentu. Mam nadzieję, że chociaż trochę mu on pomoże.

Po pracy ścigałem się jak zawsze z czasem, żeby zdążyć na wcześniejszy pociąg. Na próżno. Na wielkiej stacji Waterloo setki ludzi (a ja wraz z nimi) wpatrywały się niecierpliwie w rząd ekranów, który wyświetlał „opóźniony” przy każdym pociągu. Z resztą, zobaczcie sami:

Czwartek, 7 sierpnia

Dziś biegałem inaczej – boso. Mokra trawa chłodziła mi stopy i sprawiała, że biegło się jakoś lżej i szybciej niż zwykle. Wraz ze mną podążał zmierzch, on jednak biegł za zachodni horyzont, ścigany przez ciemność nocy, ja zaś – wokół boiska, mierząc się z czasem. W uszach brzmiała mi nauka św. Bernarda z Clairvaux z dzieła „O miłowaniu Boga” czytana przez amerykańskich ochotników.

Środa, 6 sierpnia

Wan Yung poleciała do domu. Na lotnisku w Kuala Lumpur, po kilkunastu godzinach lotu Airbusem i przesiadce w Bangkoku, przywitała ją cała rodzina. W tym także jej 2-letni kuzyn, trzymający tabliczkę z napisem „duża ciocia”.

Wojtek został sam zaś sam w Egham. W samotności odpocznie może nieco od intensywnego miesiąca spotkań, wypadów i wizyt. A może nie odpocznie, gdyż Londyn ze wszystkimi swoimi atrakcjami i nieodkrytymi jeszcze ciekawostkami zbyt będzie kuszący.

Wtorek, 5 sierpnia

Wszedłem, jak co dzień, na stację benzynową w Egham, by szukać transportu do domu. Podszedłem do pana w koszuli, krawacie i spodniach od garnituru, który właśnie tankował i, jak mi się zdawało, słuchał muzyki w słuchawkach. Kiedy podszedłem, zwrócił się do mnie z pytającym wyrazem twarzy – zdawało mi się, że coś mówił, ale pomyślałem, że mówił do siebie. Zapytałem, czy jedzie w stronę uczelni, a kiedy potwierdził, poprosiłem o podwiezienie.

- To dość bezczelne, nie wydaje ci się? – padła odpowiedź.
- Bezczelne? – zapytałem, tyle zszokowany, co i rozśmieszony – nikt mi nigdy nie powiedział, że to bezczelne…

Zauważyłem, że pan dalej mówił coś do słuchawki – rozmawiał więc przez telefon…poczekałem chwilę, on skończył i zwrócił się do mnie:

- Jesteś studentem?
- Tak.

On patrzył na mnie podejrzliwie, ja na niego z niedowierzaniem. Następne pytanie mnie rozbroiło:

- Chciałbym zobaczyć twoją legitymację studencką.

Teraz to ja spojrzałem na niego podejrzliwie. Powoli wyjąłem kartę studencką i pokazałem temu dziwnemu biznesmenowi. Przyjrzał się jej dokładniej niż kontroler PKP.

- Jeśli nie chcesz, nie musisz mnie podwozić – powiedziałem i chciałem już odejść, ale on odrzekł
- Nie, mogę cię podwieźć. Poczekaj chwilę.

Poszedł zapłacić za benzynę. Kiedy już ruszyliśmy, bardzo chciałem zapytać go, dlaczego był taki podejrzliwy, a zwłaszcza – co było w moim zachowaniu bezczelnego. Nie udało się jednak – pan rozmawiał dalej o swoich nieruchomościach i kontraktach…

Poniedziałek, 4 sierpnia

Biznes nie idzie dobrze – zaczął szef, kiedy wszyscy zebrali się w dużym holu. Nie wykonaliśmy planów finansowych na marzec i kwiecień, a maj i czerwie nie wystarczyły, żeby nadrobić te braki. Ze względu na bardzo konkurencyjny rynek [tu nastąpiła bardzo krótka ogólna charakterystyka rynku] i słabe wyniki potrzebna jest reorganizacja i cięcia budżetowe w kadrach. Chcę tutaj uspokoić, że wszyscy, których to dotyczy, zostali już o tym poinformowani. Rozmowy odbyły się z tymi, którzy mogą być tym dotknięci. Zwolnionych zostanie 17 osób, głównie z działu grafiki i spraw wewnętrznych, zmiany nie będą dotyczyły osób bezpośrednio kontaktujących się z klientami…atmosfera zrobiła się poważna i ciężka, a ludzie niespokojnie oczekiwali dalszych wieści. Szef zaś przystąpił do opisywania potrzebnych zmian: musimy być bardziej elastyczni w swoich działaniach, brać za nie większą indywidualną odpowiedzialność, lepiej współpracować z klientem i inne dość standardowe frazy.

Dobrze podsumował to potem szef grupy, mówiąc, że wszystkie wymienione cechy są u nas widoczne, więc zamiast coś zmieniać musimy raczej kontynuować to co robimy tak jak uprzednio.